20120619

ODESSA

W Odessie zostawiamy bagaże w przechowalni, korzystamy z dworcowego przysznica i wyruszamy na podbój miasta. Stare miasto odeskie jest zbudowane w stylu secesyjnym. Stan budynków jest zatrważający, na szczęście im bliżej centrum. tzn. im bliżęj portu, tym domy lepiej odrestaurowane.





Do Schodów Potiomkinowskich podchodzimy od strony nadbrzeża, wiemy, że "robią wrażenie" tylko z tej strony.
 Film "Pancernik Potiomkin", w którym schody grają ważną rolę,  oglądałam jako dziecko, ale akurat tej sceny z rzezią ludności na schodach nie pamiętam. Byłam niejadkiem, więc najbardziej utkwił mi  w pamięci kadr rozgrywający się w kambuzie, gdy okazuje się, że mięso dla matrosów roi się od dzikunów. Podobno, scenę ze spadającym ze schodów dziecinnym wózkiem, reżyser wymyśłił siedząc na stopniach i obserwując staczające się pestki czereśni, którymi akurat się zajadał..

Czas na lunch. Intuicja podpowiada nam, że restauracje w pobliżu nadbrzeża pewnie mocno nadszarpnęłyby naszą kieszeń. Zagaduję przechodnia z prośbą o wskazanie, gdzie niedrogo a smacznie można coś zjeść. Obrzuca nas szybkim spojrzeniem i proponuje przejście na angielski. Zarazem ofiarowuje się, że podprowadzi nas do fajnego bistro. Prawie biegnie, przepraszając, że ma mało czasu i nie może nas oprowadzić po mieście, gani ukraińską młodzież za brak zapału do nauki języków obcych ( moim zdaniem przesadza), opowiada o swoich wykładach na miejscowym uniwerku. Jest psychologiem i gdy Jan wtrąca, iż są kolegami po fachu, na krótką chwilę, mój mąż budzi jego zainteresowanie i słyszy mini wykład na temat autyzmu na Ukrainie. Potem nasz przewodnik zwraca się już tylko do mnie i pod bistrem wciska mi do ręki swój adres mailowy :"...na wszelki wypadek, gdybyśmy potrzebowali pomocy..." i żegna się.
Jest ogromnie sympatycznym człowiekiem , więc Jan, już w bistro, przez chwilę dąsa się o ten brak zainteresowania jego osobą. Na szczęście przemiły kelner łagodzi humorek zwracając się do Jana per "my friend". Wygląda na to, że pół Ukrainy to Janowi przyjaciele.
Wracamy w pobliże portu. I tu stoi pałac Woroncowa, ale już nie taki spektakularny, jak ten, w Ałupce.
Przy schodach Potiomkinowskich stoi kilku włascicieli egzotycznych zwierząt ze swoimi, no cóż.. trudno powiedzieć pupilami. Tak nie traktuje się ulubieńców. Niestety nie brakuje amatorów robiących sobie z nimi zdjęcia.


W sklepie z suwenirkami w końcu udaje nam się kupic widokówki. Do tej pory nie znależliśmy ich w żadnym sklepie. Odessa to już nie Krym, no ale choć stąd wyślemy do przyjaciół i rodziny - lepiej późno niz wcale..
Na obiad idziemy do reklamowanej w Bezdrożach restauracji stylizowanej na ludowo. Jest zupełnie pusta a to już o czymś swiadczy. Wystrój jest rzeczywiście bardzo ciekawy, uprzejma obsługa zatem
ignorujemy ostrzegawcze "głosy" w głowie  i zostajemy. Ponieważ jesteśmy jeszcze "opchani" po super smacznym lunchu w bistro, więc zamawiamy tylko zupy i na deser świeżo wyciskane soki. Soki - malinowy i anansowy są przepyszne, ale zupy... zgodnie stwierdzamy, że tak niesmacznego barszczu i rosołu jeszcze nie jedliśmy. Szczerze odradzam.


Tym razem spokojnie wracamy na dworzec, robimy zakupy w supersamie, cykamy zdjęcia "babuszkom", które z taką drażniąca (mnie) czołobitnością całują ręce młodego popa.

 W pociągu do Lwowa


zajmujemy miejsca i z przyjemnością stwierdzamy, że mamy sympatycznych sąsiadów, w dodatku znających nieco angielski. Radość trwa krótko, pomyliliśmy się, nasze miejsca są w następnym przedziale.
Spotykamy sie od czasu do czasu w korytarzyku "na papierosa". Psioczą straszliwie na poziom ukraińskich kolei, mam podobne zdanie ale nie dołączam do krytyki. Jak już zauważyłam w Rosji, samokrytyka jest wręcz niebywała, ale złe słówko ze strony "obcych" niemile widziane. Chwalę więc nasze wakacje- krajobrazy, ludzi, zapewniam, że jeszcze nieraz przyjedziemy. Panowie słuchają niby z pobłażliwym uśmiechem, ale widać, że jest im jednak miło. Jeden z nich odwdzięcza się komplementem, a że panom umila podróż koniaczek, wypowiedziany z ogromną żarliwością:
"...Pani jest piękną kobietą i taką bardzo, bardzo sympatyczną . Ja przed takimi kobietami to tylko na klęczkach.."- po czym rzuca krytyczne spojrzenie na podłogę i dodaje:- "no, ale nie w takim brudnym wagonie..."
Masz babo placek! Jak już mi sie trafił adorator i to gotowy przede mna klękać to akurat prowadnik nie posprzątał wagonu! To się dopiero nazywa "zezowate szczęście"!

Geen opmerkingen:

Een reactie plaatsen