20120623

KURORTNYJE_DZIEN TRZECI

          Pobudka już o szóstej- i to mają być wakacje!!!
  Z Nataszą i jej uroczą córeczką Lizą idziemy na spotkanie z Galiną i Julią. Galina mieszka w Moskwie, na Krym przyjeżdża co roku, gdyż urodziła się w Kerczu, tu spędziła młodość, a teraz corocznie, wraz z córką Julią, podczas wakacji odwiedza groby rodzicow i dziadków. Doskonale zna okolicę więc posłuży nam za przewodnika. Poranny chłodek sprawia, że tym razem na płaskowyż wchodzimy bez problemu. Po drodze zrywamy zioła i dyskutujemy o ich właściwościach - wszystkie panie, podobnie jak ja, są pasjonatkami zdrowej kuchni. Jan, w tym czasie, filmuje zawzięcie wszystko co się rusza...

 
Za chwilę otwieramy buzie z zachwytu...Wow!!!





 Wtem, Galina, prowadząca nasze stadko, przerażona zawraca. Na skale wygrzewała się żmija. Widok Galiny musiał ją równie przarazić, gdyż gdy ciekawi zaglądamy za skałki, po gadzince ani śladu. Galina z przejęciem opowiada o spotkaniu,- najpierw Nataszy i w tej pierwszej wersji żmija jest taka z półmetrowa, potem mnie- stworzenie rozrasta się w tej relacji do metra. Wersja , którą słyszy Jan jest najciekawsza: otóż Galina przed chwilą spotkała dorosłego osobnika pytona, w dodatku jadowitego jak kobra królweska!!! Nataszy i mnie trochę chce się śmiać ( Janowi, ze zrozumiałych względów, nie) ale nie wypada. – Galina jako dziecko została właśnie na tych terenach ukąszona przez żmiję, więc jej strach nie jest tylko taki atawistyczny. Przez to zdarzenie atmosfera się zmienia, znika wesoły, beztroski nastrój, widać wyraźnie, iż kontynuowanie wycieczki będzie dla naszej miłej przewodniczki małym koszmarem. Zaczyna też mocno przypiekać słońce, decydujemy się na powrót.
Pierwsza zatoczka, już na dole, gdzie „żmij niet”, jest równie malownicza.jak Generalskie Plaże. Dziewczyny idą w kierunku jeziora na błotną kurację, my zostajemy w tym cudnym zakątku.


Wyciągamy kanapki z bekonem, które po marszu i kąpieli smakują niebywale! Bekon, w przeciwieństwie do ukraińskich kiełbas (przynajmniej tych, które jadłam), jest doskonale przyprawiony i uwędzony. Na deser czereśnie, takie niesamowicie soczyste, trzeba od razu całą rozgryźć w buzi, inaczej sok tryska na wszystkie strony. Nie bacząc na powagę wieku, urządzamy zawody w pluciu pestkami na odległość. Bezapelacyjnie wygrywa Jan.
Wracamy na kwaterę brodząc w wodzie. O mały włos a nastąpiłabym na coś malutkiego, ale syczącego na mnie z ogromną, ale to przeogromną wściekłością.


Odskakuję z taką szybkością i na taką odległość, której nie powstydziłby się kangur champion. Już rozumiem słonie obawiające się myszy. I Galinę....
Opowiadamy o tych ”bliskich spotkaniach” Irinie, która twierdzi, iż jadowitych żmij w tych stronach nie znajdziesz. Owszem, spotkanie z wężem nie należy do rzadkości, mogą ugryźć, ale choć jest to bolesne, nie zagraża życiu.
Popołudniem, z dobrymi ksiązkami rozkladamy się w cieniu jedynego na plaży drzewa. Całe przedpołudnie spędzilismy na słońcu i już widzimy efekty nieostrożności. Czytamy, ja- „Morze Czarne” Neala Aschersona a Jan czyta Pauksztowskiego- polecamy!
Po kolacji kierujemy się na drugi koniec Kurortnyje. Wspinamy się mozolnie, bo w klapkach, na wzgórze, na którym można zobaczyć pozostałości osady greckiej z IV w.p.n.e.



Przed wyjazdem, czytając w przewodniku, iż jedyne prace archeologiczne przeprowadzane są przez miejscowych i przyjezdnych wandali, trzęsłam się z oburzenia. Na miejscu jednak, żyłka odkrywcy walczy we mnie, z szlachetnym ( i właściwym) szacunkiem dla profesjonalnych badań. W końcu,jednak chcę zgrzeszyć- cóż.., przyznaję uczciwie, jak Owidiusz ”widzę rzeczy lepsze i pochwalam je, idę jednak za gorszym”...rozglądam się za jakimś patykiem, którym mogłabym ropocząć wykopaliska, ale nic w zasięgu wzroku nie leży. Czyli siła wyższa zmusza mnie do godnego zachowania. Pstrykam w zastepstwie mnóstwo fotek, bo tak w gruncie rzeczy, jedyną moją pasją kolekcjonerską są wspomnienia.




W drodze powrotnej spotykamy parę rosyjskich turystów, którym (o ironio!) potrafimy podpowiedzieć jak dojść do pomnika bohaterów Wojny Ojczyźnianej.
W zamian słyszymy gawędę o czasach świetności lotniska wojskowego w Bagierówce, nasz rozmówca spędził tak kawał swego życia..Wyjaśnia też zagadkę domków hobbitów- to po prostu hangary. Niestety, z lekceważeniem, z niczym nieusprawiedliwioną butną wyższością wyraża się o teraźniejszej gospodarce Ukraińców, aż budzi to niesmak. Pamiętam jak dołowały mnie na Syberii widoki niszczejących, porzuconych zakładów przemysłowych; mam chętkę zacytowania przysłowia :”przyganiał kocioł garnkowi”. Ale trzymam się żelaznej zasady: na wakacjach nie wdawać się w dyskusje polityczne, tylko słuchać! Zegnamy się grzecznie i każdy udaje sie we własnym kierunku.
Na kwaterze Irina dopytuje gdzie byliśmy. Slysząc o celu naszej wycieczki, blednie i pyta z niedowierzaniem:”Poszliście na Zmijową Góre!? Przecież tam żmije mają swoje gniazda, tam jest ich dom!”. Widząc jej reakcje i ja się dziwię:”No przeciez mówiłaś, że żmij tu nie ma”. Irina zmieszana bąka tylko, że owszem, żmij nie ma, ale nikt z miejscowych na to wzgórze nie chodzi.. Już sama nie wiem- są tu jadowite gadziny czy nie? Ale dreszcz mnie przechodzi gdy myślę o moim, na szczęście niedoszlym do skutku, pomyśle zabawy w archeologa.
Z małym „conieco” pod pachą idziemy oglądać „wieczorny spektakl na niebie”.





Geen opmerkingen:

Een reactie plaatsen