20120629

KRYMSKIE WAKACJE II CZ. - SEWASTOPOL - SUDAK

Te masy bezpańskich psów w Sewastopolu ... serce kraje się na ich widok. Chcę choć pare psiaków na "naszym" osiedlu nakarmić. W sklepie widzę leżącą na półce psią karmę. Sprzedawczyni uśmiecha się z pobłażąniem i mówi tonem jak do dziecka:" Ale to kiełbasa dla psów...". Gdy upieram się, że chcę ją kupić, wzruszając ramionami podaje mi karmę. Pewnie wieczorem opowiadać będzie w domu o dwóch innostrańcach., którzy teraz z apetytem wcinaja psi przysmak...
Wieczorem, przy kolacji, żartujemy z Janem, iż na Krymie czujemy się, jak zaklinacze deszczu- w każdej miejscowosci pada tuż po naszym przyjeździe. M. pociesza nas, że w Sudaku nam to nie grozi. To podobno najbardziej "suchy" rejon na półwyspie.Wieczór kończy koncert gitarowy M. i Jana.
Rankiem nasi gospodarze odprowadzają nas na dworzec autobusowy. Przy wysiadaniu z taksówki M przykleszczyła palec i łzy jak groch spływają po jej ślicznej, botticzelowskiej buzi. Przykro mi, taki niemiły incydent na pożegnanie....
Jedziemy do Sudaku przez Symferopol. Po przeczytaniu  kilkunastu relacji z podróży na Krym, za żadne skarby nie przejadę drogą Jałta- Sudak. Podobno droga kręta, nad przepaściami, kierowcy to szaleńcy, a ja... mam jeszcze tyyyyyle planów!
W drodze do Sudaku mijamy Białogorsk, w oddali skrzy się Biała Skała. Patrzę na nią ze smutkiem. Marzyła mi się wędrówka po jaskiniach w tym rejonie- na portalu Rosja.info przeczytałam przepiękną relację Buby z takiej wyprawy. Niestety, osoba, przez którą można zoragnizować takie wycieczki,   zaśpiewała akurat nam kosmiczną cenę noclegu i usług przewodnika, tak że z żalem zrezygnowaliśmy. Z drugiej strony, może to pocieszające, że brzmię przez telefon jak milionerka.


W Sudaku


nie mamy zarezerwowanej kwatery, choć w notesie zanotowałam kilka adresów gdzie ewentualnie moglibysmy sie zatrzymać. Chcemy zobaczyć czy "babuszki" na dworcu będa o nas walczyć jako o klientów, tak jak czytalam w relacjach innych.  Nikt nie walczy, ale szybko znajdujemy panią, która za 5 euro proponuje pokój u  "...samego pułkownika..." - stopień ten wymawia w taki sposób, jakby oczekiwala, iż staniemy na baczność.
Pułkownik, który po nas przyjeżdża wydaje sie być na pierwszy rzut oka sympatycznym, pokój jest "wypasiony"  a kwatera położona niedaleko plaży.
Rozpakowuję bagaże , Jan idzie pod prysznic. Po jego powrocie i ja idę łazienki. Prysznic dziala jakoś cudacznie- trzeba przycisnąć w nim taki dzyndzelek, żeby leciała woda. Sprytna oszczędność ciepłej wody. Woda z  kranu nie leci a kapie. Przygladam się ustrojstwu: prysznic jest  plastikowy, naprawdę badziewiasty a dzyndzelek  wyłamany, tak niezręcznie wepchnięty w urządzenie. Tymczasem już zdążylam się namydlić. Ocieram się z grubsza ręcznikiem, ubieram, a złość we mnie narasta. Skarżę sie pułkownikowi,  w odpowiedzi słyszę zarzut, iż to Jan zepsuł przysznic.
 "To delikatne urządzenie, jak się nie znacie to trzeba było zapytać jak działa"- dodaje gniewnie.
 Gniew i mnie ogarnia, ironicznie cedzę: "Rzeczywiście, w Europie, taka wysoka, kitajska technika nie jest znana".
"Kopiejki płacicie a nie wiadomo jakich luksusów oczekujecie"- odgryza się pułkownik.
Och! Wściekłośc aż we mnie kipi, ale zimno odpowiadam:
" Placę w hrywnach tę cene jaka zaproponowala wasza pośredniczka. To ona nas szukała i namawiała na tę kwaterę, ". 
Mam rację ale pułkownik należy do tych osób, które zawsze muszą mieć ostatnie słowo:
'"Zreperuję prysznic, za półgodziny będzie gotowy, tylko teraz uważajcie".
Wracam do Jana i wzburzona opowiadam mu zdarzenie, chcę się z tego miejsca natychmiast wyprowadzić, w dodatku zaczynają mi kapać łzy. Podchodzi do mnie pulkownikowa i zaczyna tlumaczyć męża, "...ze to dobry czlowiek ale porywczy..", że "..gdyby ona zwracala uwage na jego wszystkie wybryki to dawno oszalałaby...". Nie interesują mnie ich układy, nie przekonuje jej tłumaczenie, ale tak serdecznie mnie obejmuje prowadząc do drugiej łazienki, że w końcu żal i złość we mnie topnieje. No i drugi prysznic działa bez zarzutu. Szczerze mówiąc, też nie chce mi się  na nowo pakować i szukać innej kwatery.Zostajemy, lecz już prawie do końca będziemy z gospodarzem mówić sobie dzien dobry bardzo chłodno.

Idziemy na plażę: wąską, kamienistą, zatłoczoną - najlepszą opcją okazuje się wykupienie leżaków.
Woda jest dużo chłodniejsza niż w Sewastopolu i plywa w niej sporo meduz, ale jest bardziej przejrzysta.
Nawiązuje z nami rozmowę młody osiemnastoletni chłopak z Moskwy. Spędza w Sudaku wakacje wraz z mamą, ciocią i babcią. Opowiada z entuzjazmem jak wspaniale się bawi na wieczornych dyskotekach, tzn. ile i gdzie pije. Poprzedniego nia urżnął się tak solidnie, że mama i ciocia musialy go niemalże zanieść do domu.
 "Mama nie była na ciebie zła?" -pytam.
"Nie"- odpowiada z rozbrajającą szczerością -"sama ledwo trzymała się na nogach".



Deptak prowadzący na plaże i nadbrzeża aż tętni zyciem. Knajpka przy knajpce, każda o innym wystroju, serwująca inny rodzaj muzyki, jest wesołe miasteczko, sale gier, sklepiki z pamiątkami- dosłownie dla każdego cos fajnego.

Dziś jesteśmy zmęczeni ale umawiamy się, że którejś nocy koniecznie przyjdziemy potańczyć.
Wieczór spędzamy w ogrodowej altanie. Nagle koło jedenastej slyszymy pierwsze krople deszczu bębniące o dach. Z satysfakcją uśmiechamy się do siebie porozumiewawczo,  "szamańsko"... najbardziej suche miejsce na Krymie? Ha! Nie wtedy gdy my przyjeżdżamy...

Geen opmerkingen:

Een reactie plaatsen