20150930

RYGA

       Aby nie być posądzoną o kryptoreklamę nie podam nazwy firmy, której pojazdem jedzimy do Rygi, ale muszę przyznać, że to rzeczywiście najbardziej luksusowy autobus, którym do tej pory jechałam.
 I fotele wygodne i przestrzeń między rzędami szeroka, tak że można swobodnie wyciągnąć nogi. W dodatku oboje mamy podwójne miejsca. Dla tych, którzy potrafią spać w autobusie to po prostu spełniające się marzenie o dobrej podróży. Na szczęście przewoźnicy pomyśleli i o osobach takich jak Jan i ja. Na tylnim oparciu każdego fotela zamontowano ekranik, w kieszonkach dołączono słuchawki - kto chce może dokonać wyboru z przebogatej oferty- czy to muzyki, czy też najnowszych wiadomości, filmów, programów rozrywkowych, filmów dokumentalnych. 
    Przy przekraczaniu pierwszej granicy z Estonią, wszyscy pasażerowie muszą wysiąść z autobusu i poddać się nie tylko kontroli paszportowej ale i kontroli bagaży. Niby to wszystko dobrze zorganizowane, ale przebiega w jakiś tak sztucznie spowolniony, upakarzający sposób. Duanierki kojarzą się z kobiecymi kapo w obozach koncentracyjnych, wrzeszczą z nienawiścią zamiast grzecznie poprosić o okazanie dokumentów czy okazanie zawartości bagaży. Nienawiść potęguje się na widok Jana i mojego paszportu - jeszcze bardziej zachodnich niż te, z krajów nadbałtyckich czy polskich. Nasze dokumenty i plecaki przetrzepane zostają z dokładnością szukania igły w stosie siana, mimo to , dzięki wskazaniu niewłaściwych drzwi wyjścia, jako pierwsi i... jedyni stoimy po stronie estońskiej. Nasz autobus z pozostałymi, już skontrolowanymi pasażerami, wciąż stoi za kratą po stronie rosyjskiej. Dopiero po godzinie przejeżdża "cienką czerwoną linię" i możemy do niego wsiąść. 
 Przez Estonię tylko przejeżdżamy, nigdzie nie zatrzymujemy się, ale to co widzę z okien wzbudza we mnie podziw i szacunek dla obywateli kraju. Jakie drogi  doskonale utrzymane, jaki ogólny porządek, ład, jakie schludne obejścia, jaki czyściutki pas zielonej trawy wzdłuż szosy,  oddzielający drogę od swobodnie, dziko rosnącego lasu czy łąki. 
Granicy z Łotwą nikt nie musi zapowiadać - kończy się dobrze utrzymany asfalt, droga "dziurawi się", mijane farmy ubożeją. 
 W Rydze taksówką dojeżdżamy do naszego hostelu licząc na wcześniej przygotowany pokój. Rezerwując lokum w tym mieście kierowałam się możliwością wcześniejszego zameldowania. 
Wbrew opiniom turystów z booking właściciel hostelu zdecydowanie nie tylko odmawia wcześniejszego zameldowania się w pokoju, ale i jakiegokolwiek wcześniejszego ułatwienia pobytu, np. z skorzystania z ogólnodostępnej łazienki czy też z kuchni. Jedyne ustępstwo na jakie się godzi to przechowanie naszych plecaków w swojej kancelarii. W podróży duma zawsze ustępuje zmęczeniu. Poza tym chodzi tu tylko o jedną noc.
Do centrum jest niedaleko, jakieś 15 minut piechotą. Po drodze, w budce kupujemy po hotdogu na śniadanie. Hotdog jak to hotdog - tylko zapycha żołądek, a byle jakim smakiem tylko humor pogarsza. W dodatku deszcz, początkowo siąpiący, zaczyna coraz mocniej padać. Przysiadamy na głównym rynku w sympatycznej kawiarence stylizowanej na kubańskie klimaty. I wystrój i obsługa i pyszna kawa i ...ceny, powinny serce pokrzepić. Niestety tylko dolewają oliwy do ognia. Rezerwując nocleg w Rydze pożałowałam 15 euro i teraz zamiast spać w samym centrum miasta spędzimy noc na peryferiach. Klnę na swoje własne skąpstwo, bo pewnie do tej knajpki wrócilibyśmy wieczorem ( afisze zapowiadają muzykę na żywo) i noc , a zatem i koniec urlopu, zakończyłyby się w rytmach samby, salsy, merenque...
Starówka Rygi jest piękna, przepiękna, tyle, że taka ...niemiecka. Na szczęście jestem tu tylko przejazdem - gdyby to miasto było celem mojej podróży , mocno żałowałabym. Po co jechać taki szmat drogi -aby zobaczyć to co można ujrzeć niemalże za rogiem? No i te ceny w restauracyjkach w centrum - 25 euro za zwykły posiłek! W Rzymie, w Rotterdamie, Paryżu można całkiem przyzwoicie najeść się za dziesięć euro.  Na szczęście i uroda miasta i niezwykła wręcz uprzejmość mieszkańców i pyszna obiadokolacja w mniej turystycznnej dzielnicy Rygi poprawiają wizerunek miasta.












Z kolei brudna łazienka w hostelu znów kolory miejsca gasi. Zawsze wożę w plecaku proszek do czyszczenia, gąbkę i szmatkę, aby w takich sytuacjach po prostu samej posprzątać przybytek. Tym razem mam to w nosie i pocieszając się powiedzeniem, że z brudu jeszcze nikt nie umarł ( co oczywiście jest totalną bzdurą), myję tylko zęby spłukując butelkowaną wodą mineralną i idę spać. Rygi nie lubię!


20150929

CARSKOJE SIELO

    Dzisiejszym punktem programu jest Carskoje Sieło - letnia rezydencja carycy Katarzyny (to ten pałac z bursztynową komnatą). 
 Elektriczką dojeżdżamy do miejscowości Puszkinoje.

W pociągu, obwoźnemu sprzedawcy udaje się "wcisnąć" Janowi sekator przecinający dosłownie wszystko! a, przyznaję, sama zafascynowana przyglądam się, gdy narzędzie z łatwością dzieli na pół pręt gruby jak palec. Cena za cudeńko - 5 euro, po prostu wydaje się gestem dobroczynności. 
W Carskoje Sieło, kolejka do kasy muzeum, niestety przypomina mi peerelowskie czasy... jak za mięsem....

O tym, że cel jest bardziej szlachetny przypomina spacerujący opodal sobowtór Puszkina.

 
60 minut później, ściskamy, owszem, bilety wstępu , ale dopuszczające do zwiedzenia rezydencji dopiero za trzy godziny.




Z kolei w przypałacowym parku od razu możemy naspacerować się do woli, co też, z ochotą czynimy. 






 

















 


Po długiej włóczędze po cudownych carskich ogrodach wstępujemy do kawiarenki na małe conieco.

Gdyby nie szczodrość naszych gości z jubileuszowej imprezki pewnie przycupnelibyśmy na lunch na jakiejś ławeczce rozpakowując kanapki i jajka na twardo przygotowane wcześniej w hostelu. 
Tym razem, jak paniska, zamawiamy pieczone kiełbaski i sałatki, a nawet, ba! jak szaleć to szaleć - kufelek piwa i kieliszek wina. Nie wiem, czy to pełen brzuszek, czy ten kieliszek wina spowodował, a może pieniądze "chamieją" słabsze duszyczki...W każdym razie, rozpieram się na krzesełku na tarasie, spoglądając na pałac nieco butnie ( bo tak właściwie, to mi się należy!) i nieco z żalem ( bo to nie moje...), mimo, iż wciąż wywołuje odruch wymiotny złocona fasada kiczowatego budynku.




Z nadzieją, że ta zewnętrzna strona rezydencji to tylko taka "okryjbida", "błyszcząca nędza",  kierujemy się w stronę wejścia. 
Hol wydaje się potwierdzać nasz optymizm,

niestety - i dalej tym gorzej...




Na tym tle, nawet porcelanowe zestawy stołowe ( do których oboje mamy szczególną słabość - zjemy z ochotą suche skórki chleba, aby tylko stół był pięknie nakryty), nie wzbudzają ani zachwytu ani zazdrości.


Pytam jedną z pań muzealniczek jak dojść do bursztynowej komnaty. Ta, zamiast udzielić mi odpowiedzi, mimo moich protestów, przydziela nas do chińskiej wycieczki, której przewodnik, na domiar nieszczęścia, nie mówi, a wrzeszczy! I to po chińsku!
 Oczywiście nie poddaję się bez walki, ale to tylko pogarsza sprawę. Mam wrażenie, że każda z opiekunek muzeum umieszcza nas na swoim celowniku i jakakolwiek próba skoku w bok jest natychmiast korygowana. 
Stąd rada: jeśli przyjedziecie do Carskoje Sieło, za żadne skarby nie przyznawajcie się, iż jesteście indywidualnymi turystami. Z łzą w oku wspominam czasy gdy w rosyjskich muzeach byłam pożądanym gościem, a nie natrętną muchą. 
 Już w kasie muzeum uprzedzano nas, aby nie fotografować bursztynowej komnaty. 
Przed wejściem do tej szczególnej sali panie pilnujące porządku przeobrażają się z rozjuszonych psów w wściekłe brytany. Na szczęście wyczytałam gdzieś radę podróżnika, aby zrobić zdjęcie z sąsiedniej sali. Przewodniczka, mrs. Jekyll łapie mnie za rękę, za późno - zdążyłam cyknąć. Jan też słyszy reprymendę, na którą przepraszającym gestem reaguje, ale po jego zadowolonej minie wnioskuję, że i u niego "mission complete".

 Nie jesteśmy odosobnieni w tych narzekaniach - jedna z rosyjskich turystek nawiązuje z Janem rozmowę ( w której nie uczestniczę ze wstydu, bo gdzież mi do tego akcentu i tej znajomości słówek). Jest równie zdumiona i rozgniewana jak my z niemożności uwiecznienia na zdjęciu Bursztynowej Komnaty.
 Dyrekcja muzeum usprawiedliwia zakaz obawą o tworzenie się gigantycznych kolejek w tej sali. Bzdura! To właśnie te ukradkowe próby fotografowania powodują chaos. Przy dobrej organizacji, np. jak przy Ustach Prawdy w Rzymie wszystko przebiegłoby gładko. 
    No, ale dosyć biadania, są i sale i eksponaty, wzbudzające we mnie podziw a nawet ekstazę, min. szaty koronacjne Katarzyny II (moja pasja do kostiumów).









       Po powrocie do Petersburga, idziemy na jeszcze jeden spacerk po tym przepięknym mieście, fundujemy sobie jeszcze jeden pyszny obiadek, po czym pakujemy się i jedziemy metrem na dworzec autobusowy skąd odjeżdżamy do Rygi. 
   Z drżeniem serca myślimy o całonocnej podróży autobusem. Wyjście było, ale koszmarnie drogie - kuszetka w pociągu. Planując podróż robiłam to "budżetowo", teraz zmienić nic nie można, tym bardziej, iż prezenty podczas całej podróży udało nam się już całkowicie a przyjemnie "przepultać". Siedzimy więc pokornie na dworcu następne cztery godziny sącząc colę, herbatę, colę, herbatę...




20150928

ST.PETERSBURG

    Rankiem, już w Petersburgu, zostawiamy bagaże w naszym pokoju w hostelu (pokój "z widokiem" 


i pędzimy pod pałac Jusupowych, aby zdążyć do kasy przed dziesiątą. Skąd ten pośpiech? - ano, doczytałam w internecie, że do komnaty, w której próbowano otruć Rasputina, trzeba wykupić osobne bilety i należy zrobić to osobiście, gdyż nie ma przedsprzedaży online. Biletów jest ograniczona ilość, więc dosłownie kto pierwszy ten lepszy. Przed okienkiem staję jako druga w kolejce, już czuję zapach zwycięstwa. Przedwcześnie!

 Kasjerka oświadcza, iż wszytkie karty wstępu do tego szczególnego miejsca są już wykupione przez biura podróży....a jakim cudem, już nie dociekam. Widząc jej zaciętą minę, wiem, że mogę się wściekać, tupać, grozić zwierzchnikiem, czy nawet płakać, to i tak to nic nie pomoże. Poza tym jestem zbyt zmęczona po nieprzespanej  nocy, by się wykłócać, a pałac stoi nad Mojką, gdzie  Griszka ostatecznie wyzionął ducha, więc prawdziwe locus delicti mam pod nosem.

Żal mi jednak, że nie zobaczę miejsca, w którym rozegrały się sceny mrożące krew w żyłach. Ciekawa jestem, czy obraz, który powstał w mojej głowie po przeczytaniu wstrząsającego opisu w pamiętnikach księcia Jusupowa zgadza się z rzeczywistością.

Oddzielne bilety kupuje się nie tylko do piwniczki, w której usiłowano dokonać morderstwa, ale i do innych pomieszczeń pałacu ( zupełnie tak samo jak na naszym Wawelu). Zwiedzamy zatem tylko główne pokoje - przepiękne, eleganckie salony świadczące o dobrym smaku właścicieli. 

Zachwyt ogromny wzbudza we mnie sala balowa ( jakież imprezy mogłabym urządzać, gdybym miała taką komnatę, a i na codzień fajnie byłoby na takich metrażach poćwiczyć), a na widok  sali teatralnej z prawdziwą sceną, parterem i lożami dla widzów, aż mnie zżera z zazdrości.                                      Odkąd pamiętam, zawsze pragnełam zostać aktorką, (pewnie stąd zamiłowanie do wszelkich przebieranek), dopiero w ostatniej klasie liceum zdecydowałam się zdawać egzamin na historię. 

Podziwiając te Jusupowskie deski sceniczne, skuczy mi trochę z żalu za utraconymi marzeniami, ale wyobraźnia już gorączkowo podpowiada, jak urządzić w ogrodzie choć letni teatr , bo potencjalnych aktorów wśród moich pełnych fantazji przyjaciół nie brakuje.

Jedna z sal poświęcona jest dziejom rodu Jusupowych, a że po przeczytaniu wspomnień księcia Feliksa szczególnie interesuje mnie historia tej rodziny,  zostajemy w komnacie przez dłuższy czas. Mamy ogromne szczęście, gdyż do pokoju wchodzi zagraniczna wycieczka i specjalnie dla nich artyści odśpiewują kilka prześlicznych pieśni rosyjskich.

Z pałacu Jusupowych wędrujemy do cerkwi Kazańskiej, jak na nasz gust, zbyt "zachodniej", przypominającej rzymskie kościoły, świątynię. 

Spacer po wieczornym Petersburgu to prawdziwa uczta dla melomanów. Na każdym placyku, skwerku, szerszym kawałku chodnika,  rozbrzmiewa muzyka - a to słychać trąbkę disneyladu, a to dudni digideroo. Tu ktoś wpół śpiewa wpół recytuje tekst rapu, tam pod czyimiś palcami rzewnie płaczą vivaldowskie skrzypki.  Dalej rock, regge, salsa, blues - dla każdego coś dobrego, a miasto pełne młodzieży aż kipi energią, kreatywnością, witalnością. 




Przysiadamy na chwilę ( bo my już jednak nie tacy młodzi) na drinka. Na widok rachunku aż się kurczymy. Pieniędzy ledwo nam starcza na zapłacenie, nie ma mowy aby wracać do hostelu metrem. Trudno, derdamy na piechotkę (tu słowa uznania dla petersburskiej drogówki za sprawność z jaką działają kierując ruchem ulicznym), a po drodze, przed Ermitrażem wpadamy w ogromny tłum - na placu odbywa się koncert rockowy. Zespół który akurat gra niezbyt nam się podoba, więc nie zatrzymujemy się. 

Po niezłym marszu, w hostelu padamy na łóżko i przez pół nocy oglądamy kreskówki o Maszy i niedźwiedziu.

UGLICZ

      Śniadanie podają nam aż trzy damy, jedna zastawia stół półmiskami z wędlinami i serami, koszyczkiem z pieczywem, maselniczką, druga pani podaje dzbanki z kawą i z herbatą, trzecia przynosi, o zgrozo,  OGROMNE talerze z zupą mleczną. Pomimo tej ostatniej potrawy, jakże tu przy takiej obsłudze nie poczuć się carycą...!                                                                                                                                

Bagaże zostawiamy w przechowalni w hotelu i idziemy obejrzeć ugliczowski kreml. Po drodze wstępujemy do Muzeum Mieszczańskiej Kultury  XIX wieku, gdzie (tak wyczytałam w internecie ) można sfotografować się, podobnie jak w Kolomenskoje, w strojach z epoki.






Karty wstępu do tego niewielkiego muzeum są dość drogie, eksponaty zakurzone, chaotycznie ułożone, a że nie kusimy się na żaden kosztowny suwenirek z muzealnego sklepiku naburmuszona szefowa opryskliwie odmawia fotosesji. No nic, przeżyję.                                                                                                                  

  Rozczarowanie z muzeum rekompensuję sobie na kremlu. 



                                                                       
 Gdy właściciel kramiku ze strojami robi nam zdjęcie, Jan zadaje mi dziwaczne pytanie: 
"Czy ja jestem teraz carem czy bojarem?"                                                                                                      "Jesteś carem!!!" stwierdzam tak stanowczo jak zrobiłaby to  Lady Makbet.                                       Uśmiecham się do kamery, ale w środku skręca mnie z irytacji: 
" Carem czy bojarem?!Też coś, jak mógł mieć jakiekolwiek wątpliwości..?"                                                                                                          

Kilku turystów kręcących się na dziedzińcach kremla nie zakłóca spokoju tego sielskiego, bajkowego zakątka.





 Ściany budynków pysznią się kolorami, dumnie błyszczą złocenia. Cień rzucany przez ciemnozielone korony drzew nie ma w sobie nic upiornego, otula miłym chłodkiem, przyjemnie się w niego zanurzyć. Promienie słoneczne spokojnie ześlizgują się z liścia na liść, ptaszki uroczo ćwierkają, trudno uzmysłowić sobie jaka straszna tragedia  wydarzyła się tutaj 425 lat temu. 15 maja 1594 roku najmłodszy syn Iwana Groźnego, ośmioletni Dymitri został znaleziony martwy z poderżniętym gardłem na dziedzińcu pałacu. Według oficjalnego śledztwa  zgon nastąpił w wyniku nieszczęśliwego wypadku, podczas "zabawy w nóż".    .                                                                                                 

Tajemnicza śmierć chłopczyka była nie tylko powodem wieloletniej wojny domowej , ale i przyczynkiem do powstania legendy  o cudownie ocalonym carewiczu, a ta z kolei dała pretekst do Dymitriad - zbrojnej interwencji polskiej magnaterii, interwencji mającej na celu osadzenie na tronie carskim własnego kandydata . Jak zwykle w takich przypadkach  ( Edward V,  Ludwik XVII,  Anastazja) zjawił sie pretendent do tronu podający się za uratowanego w magiczny sposób następcę monarchy.       Na taką gratkę do wmieszania się w wewnętrzne sprawy Rosji tylko czekaliśmy...

W miejscu gdzie nastąpił zgon Dymitra postawiono cerkiew "Dymitri na krwi". Wisi w niej dzwon, który zesłano na Syberię, uprzednio wybatożony i pozbawiony serca za karę, iż nie bił na trwogę ostrzegając przed nieszczęściem. W  1892 roku wrócił do Uglicza i stanowi teraz atrakcję turystyczną.  Ciekawa też jest wystawa we wnętrzu dworu













Uglicz poza kremlem niczego ciekawego nie przedstawia, ale w zakamarkach miasta udało nam się znaleźć takie oto perełki :





   Na obiad do hotelu wracamy przez główną aleję parkową, wzdłuż której ustawione są stragany z pamiątkami. Sprzedawcy gorączkowo rozcinają toboły, dekorują stoły, wykładają swój towar. 

Trochę nas śmieszy ten pośpiech, bo oprócz nas żadnego turysty nie widać, a i jest już druga po południu. Dochodzimy do bulwaru i wszystko staje się jasne. Do nadbrzeża przybijają ogromne, wycieczkowe statki - hotele. Przy powitalnych dźwiękach  "Kaczuszki" granej przez miejscową orkiestrę, wysypują się z nich hordy pasażerów wczasowiczów. Handel zakwitnie.



Jeszcze tylko spacer w poszukiwaniu poczty, zresztą zakończony sukcesem ( w Rosji znaleźć skrzynkę na listy i kupić znaczki można tylko w urzędach pocztowych - nie zawsze łatwa sprawa) i udajemy się na dworzec autobusowy. Stąd wyjeżdżamy do Rybińska, z którego odchodzi nasz nocny pociąg do Sankt Petersburga.

Ludzi tłum, jedyna ławka zajęta przez pięć babuszek, a że do odjazdu jeszcze godzina trzeba przysiąść po prostu na rampie, na ziemi.

Opodal nas, dwóch mężczyzn pije piwo. Jeden z nich, tak głęboko zajrzał do butelki, że w pewnym momencie po prostu kładzie się na bruku i zasypia. Jego towarzysz, o nieco lepszej kondycji, idzie do kiosku, przynosi następną flaszkę, budzi kompana i zmusza do kolejnego łyku. 

Trzęsie mnie z oburzenia, bo choć nie krytykuję - sama za kołnierz nie wylewam, to jednak są granice! Mam ochotę grzmotnąć tego zdrowszego w plecy i wrzasnąć:"Zapijesz kolegę na amen!" 

Na szczęście "słabowity" nie daje się skusić na dalszą degustację i zasypia mocnym snem niewinnego.

  Do Rybińska docieramy po siódmej wieczorem, już w ciemnościach, w dodatku dworzec znajduje się na peryferiach miasta. Poza stacją, jedyny oświetlony punkt w okolicy to supermarket, ale i on zostaje o ósmej zamknięty. Pociąg nasz odjeżdża o 00.30, co robić do tego czasu? Jedyne miejsce gdzie można posiedzieć to mały bar z dwoma stolikami, oświetlony jaskrawymi lampami neonowymi. 

Wyciągamy książki, ale czytanie idzie opornie: co chwila ktoś wchodzi, wychodzi, krzesełka gniotą w pupę, każda pozycja okazuje się być niewygodną, światło razi, zmuszamy się do wypijania litrów herbaty (no bo coś trzeba zamówić w barze) i jeszcze ta świadomość, że tyle godzin przed nami...

Jeden z momentów, gdy nie ma nic romantycznego, awanturniczego w podróży, jeden z momentów gdy przez głowę przemyka myśl : "A może trzeba było wybrać opcję All In gdzieś na Tureckiej Riwierze..."

Na szczęście noc jest ciepła, zatem od czasu do czasu wychodzimy rozprostować nogi , aż w końcu,  po pięciu godzinach udręki wsiadamy do pociągu.