20150928

Z POWROTEM W MOSKWIE

         Rano przyjeżdżamy do Moskwy i mimo wczesnej pory meldujemy się w hostelu. 
Mamy szczęście - nasz dwuosobowy pokój jest gotowy. Jest niestety kiepski, bez okna, maciupki ( aż strach pomyśleć jakich rozmiarów musi być "jedynka")... no, ale czystych łazienek w hostelu pod dostatkiem, kuchnia i sala jadalna obszerne, poza tym śpimy naprawdę w centrum miasta. 
  Po tak długiej podróży nogi, ba! całe ciało, domaga się kilkukilometrowgo spaceru, zatem zaraz po odświeżeniu się wychodzimy do miasta. Najpierw, wstępujemy na śniadanie do najbliższego baru (mnogość, rozmaitość kawiarni, barów, restauracji, fast -foodów na ulicy Nowy Arbat, zapewni każdemu odpowiedni do jego kieszeni czy smaku posiłek). 
W drodze do metra przechodzimy przez most Nowy Arbat, gdzie postawiono niewielki pomnik upamiętajacy ofiary z 1993 roku. Cześć dla poległych wciąż żywa - o monument opierają się wieńce, obok leżą wiązanki świeżych kwiatów, palą się znicze. Tuż o krok, przytupuje jakiś młody człowiek, macha do nas, coś krzyczy. Nie wiemy o co mu chodzi, bo nieustanny sznur przejeżdżających samochodów nie tylko uniemożliwia przejście na druga stronę ulicy (zatem i pod pomnik), ale i głuszy okrzyki młodzieńca. Jan wyciąga kamerę w momencie, gdy z butelki stojącej na trotuarze, pan nalewa do kieliszka wino .
 "Jaki kulturalny"- myślę - "Zazwyczaj ci, co piją alkohol na ulicy, po prostu "ciagną z gwinta"." Okazuje się, że moja znajomość ludzkiej natury równa się zeru. "Kulturalny" człowiek zaczyna się pienić, wygraża nam pięścią, a w następnej minucie kieliszek z winem zatacza szeroki łuk i ląduje tuż przy nodze Jana.
 Zdumienie, aż zapiera nam dech w piersiach i to nie, nie z powodu agresji, tylko fakt , że to właśnie my jeteśmy jej powodem, a przecież my to my -Asia i Jan na wakacjach !!! Coś takiego nam się nie zdarza, bo ludzie, których spotykamy na naszych wyjazdach, są dla nas zawyczaj tacy mili...no cóż, taka karma... a tu burak próbuje zburzyć dawno ustalony porządek naszego Wszechświata. 
Szybko otrząsam się i rozglądam za policjantem...no i proszę!... są tuż tuż, i to aż dwa radiowozy, bo na drodze prostopadłej do Nowego Arbatu doszło do zderzenia, na szczęście niegroźnego, dwóch aut. Podchodzę aby zameldować niemiły incydent, ale dzięki niespodzianemu głosowi z Nieba, przychodzi opamiętanie: przebywamy już ponad tydzień w Rosji, a wciąż nie mamy potwierdzenia meldunku, policja może robić nam trudności, nie ma sensu ryzykować. Zawsze mnie zaskakuje mnie, ile aspektów sprawy można przeanalizować w jednej sekundzie, rozważyć wszystkie "za" i "przeciw"... 
Cudna pogoda wynagradza nam przykre zajście, a gdy dochodzimy do Placu Czerwonego
słoneczko grzeje tak mocno, że muszę ściągnąć swetr. 
W Parku Aleksandrowskim
zachwycona tym faktem, ustawiam się do zdjęcia z troszkę niepowszednią dla mnie pozą, zresztą wypatrzoną u Rosjanek, prezentując wyniuchaną w którymś  "second hand - dzie" prześliczną, moim zdaniem  bluzeczkę.
 Zazwyczaj Jan musi "cyknąć" tak z dziesięć zdjęć, abym mogła wybrać choć jedno możliwe do pokazania. Tym razem prawie wszystkie są dobre , co wprawia mnie w doskonały humor, a że dobre myśli przyciągają dobre zdarzenia to i zabytek, który koniecznie chciałam zwiedzić, wręcz przerasta moje oczekiwania. 
Przechodzimy do najstarszej dzielnicy Moskwy - Zariady, która swą nazwę zawdzięcza położeniu - tuż za dawnym rynkiem handlowym na Placu Czerwonym ("Zariady" oznacza "Za Rynkiem").
 W XVI wieku wieku bogaci kupcy i bojarowie osiedlali się tu ze względu na bliskie sąsiedztwo Kremla. W tym czasie powstało też wiele kamiennych kościołów i folwarków klasztornych, otwarty został dwór angielski i nieco później mennica. 
W tej dzielnicy, dziadek pierwszego cara z dynastii Romanowów, Michaiła Fiodorowicza, pod koniec XV wieku rozpoczął na terenie przylegającym do ulicy Warwarka budowę dworu. Według legendy głosi tu urodził się car Michaił. Cóż, długo się nie namieszkał - za panowania Borysa Godunowa wszyscy Romanowowie jako najbardziej prawdopodobni pretendenci do tronu rosyjskiego popadli w niełaskę, ojciec przyszłego cara, Fiodor Nikiticz został uwięziony, zmuszony do wstąpienia do zakonu i przybrania imienia Filaret, a jego rodzina znalazła się na wygnaniu. 
Romanowowie nigdy na swój dwór nie powrócili - po śmierci Godunowa i obwołaniu Michaiła carem, młody, szesnastoletni władca
zamieszkał na Kremlu, a dwór oddano na użytek klasztoru Znamenski. 
Budynek był kilkakrotnie przebudowywany; do dzisiejszych czasów zachowała się w swoim pierwotnym kształcie jedynie piwnica z białego kamienia;
pomimo tego, po zwiedzeniu ekspozycji w dworcowym muzeum można sobie doskonale zobrazować "szarą" egzystencje arystokracji rosyjskiej w XVI wieku, poniuchać ducha epoki. Dla mnie, historyka, którego pasją jest życie codzienne w dawnych wiekach, Dwór Romanowych, to po prostu perełka.   
       Przez szeroką bramę wchodzimy na dziedziniec,
podziwiamy zewnętrzną urodę budowli,
i następnie pniemy się po schodach do środka muzeum.
W pierwszej sali oglądamy makietę przedstawiającą dwór w jego najwcześniejszej formie.
Stoi tu też niezwykłej urody piec kaflowy.
Jeszcze ładniejszy w kantorku pana domu
Jadalnia po prostu powala na kolana
tak jak i gabinecik bojara
Wystrój pokoi głównie stanowią oryginalne przedmioty z XVII wieku. Elementy, które trzeba było odtworzyć od zera, zrekonstruowano przy użyciu starych technologii.
Najciekawszą jest kobieca część domu, do której prowadzą wyjątkowo wysokie stopnie schodów.
Ubrana w "rybaczki" i obuta w tenisówki wspinam się po nich z wysiłkiem, w czasach nowożytnych, w ciężkiej, wełnianej czy brokatowej sukni, w butach na obcasach chyba wybiłabym sobie wszystkie zęby już za pierwszym podejściem. Za to w pomieszczeniach pani domu jakie skarby....
  Wracamy na Plac Czerwony i w budynku GUM-u wjeżdżamy na ostatnie piętro, aby zjeść obiad w ponoć najlepszej "Stołowojej" ( sieć tanich jadłodalni) w Moskwie. Musi być dobra, i nie tylko my o tym słyszeliśmy, o czym świadczy długachna kolejka przed drzwiami wejściowymi. Reygnujemy i w jednym z barów obok zjadamy całkiem niezły i niedrogi posiłek.
Zachodzę też z reklamacją do sklepu, gdzie sprzedano mi telefoniczną kartę. Sprzedawca korzysta z mojej niewielkiej wiedzy technicznej w tej dziedzinie, a zatem też i z nieznajomości żargonu. Udaje mu się wcisnąć mi "lepszą" kartę za, jak zapewniał, "niewielką" opłatę, za co jednak dopłaciłam te dziesięć euro do dziś nie mam pojęcia. Najważniejsze, że dodzwaniam się w końcu do córki.
 Z Gumu wychodzimy na ulicę Nikolskaja - teraz piękny, elegancki bulwar spacerowy, gdzie do wspólnej foty zapraszają Putin, Stalin i chudziutki Lenin.
   Jestem już bardzo zmęczona, wracamy więc do hostelu i instalujemy w "palarni", tzn. na podeście między piętrami. Mimo, iż na ścianie wisi spora kartka z przekreślonym papierosem, mało kto zwraca na nią uwagę. Okno jest otwarte na oścież, a trzy popielnice na stojakach przepełnione są petami. Zaczynamy omawiać wypadki dnia i nagle mrugam oczami, bo chyba przydarza mi się jakieś optyczno- słuchowe złudzenie, omamy: podest jakby rozszerza się, lampa nagle zalewa klatke schodową ciepłym, jasnym blaskiem, muzyka brzmi coraz głośniej... i nagle, spotnanicznie wyciągam do Jana ręce w zapraszającym do tańca geście. Jan reaguje typowo po męsku, tzn. mruczy coś o szczupłości miejsca ( oczywiście "replikuję" przysłowiem o złej baletnicy) , ale chyba magia melodii i jego porywa, bo po sekundzie oboje przyginamy kolana i szuramy nogami na tych czterech kwadratowtch metrach w takt tanga. Ogarnia mnie jakieś nieprawdopodobne uczucie wręcz upojenia, takiego ...bez powodu, jak w wierszu Tuwima :"... Życie?--- Roz­prę­żę sze­ro­ko ra­mio­na (...) I krzyk­nę, ra­do­śnie krzyk­nę: - Ja­kie to szczę­ście, że krew jest czer­wo­na!..." 
Nagle na naszym pietrze zatrzymuje się winda i wytacza się z niej grupa rozbawionej młodzieży i mimo, iż natychmiast znikają za drzwiami hostelu, poszarzało, muzyka ucichła, żarówka znów oblewa przestrzeń mdłym światełkiem - pewnie na powrót nastroju nie ma co liczyć. 
Idziemy spać, niestety jedna z osób korzystających z internetowego kącika, dzieli się wrażeniami nie tylko z osobą, z którą rozmawia przez Skypa, ale zupełnie nieświadomie, i z nami. Gdy wychodzę z pokoju i proszę go o przyciszenie głosu, reaguje pozytywnie ale... ten wiele mówiący wyraz oczu:"Wapniaki! Co wy tu wśród nas młodzieży robicie?". Pewnie i ma rację, ale jest mi jednak przykro i choć dotrzymał słowa i jest cicho, zasypiam z trudem

Geen opmerkingen:

Een reactie posten