20150928

PODRÓŻ DO ASTRACHANIA

    Budzę się wcześnie zupełnie zdezorientowana. Owszem, wiem, że nie jestem we własnej sypialni, że przebudziłam się w pociagu, ale coś tu jeszcze nie gra. Po kilku sekundach olśnienie - koła nie stukają, dobiegają zza okna zupełnie inne dźwieki, wagon nie kołysze, a zatem stoimy na stacji co oznacza...halo! przerwę na papierosa! 
Błyskawicznie zrywam się na równe nogi i z niezwykłą dla mnie o tej porze żwawością wyskakuję na peron. 
Po powrocie zamawiam u konduktorki Eleny dwie kawy. Mamy w pleckach kilka paczek kawy 3 w 1, więc moglibyśmy je sami zaparzyć, ale wiem, że rosyjscy konduktorzy zarabiają niewiele i świadcząc drobne usługi pasażerom mogą sobie dorobić do pensji. 
Gdy płacimy za podaną kawę Elena obiecuje za chwilę przynieść resztę i rzeczywiście zjawia się po kilku minutach, ale nie z drobnymi, lecz z tacą wypełnioną małymi upominkami: maskotkami, scyzorykami, breloczkami.
"Tak cię prosze, kup coś" błagalnie patrzy mi w oczy. 
Żal mi jej, więc wybieram dwie maskotki i pytam o cenę.  Jest tak astronomiczna, że z osłupieniem mogę tylko wyjąkać: 
"Kochana, nie jesteśmy amerykańskimi turystami, przecież my jedziemy trzecią klasą!"
 Elena tylko potakuje głową, wzdychając zabiera tacę i odchodzi.
     Krajobraz za oknem jest bardziej urozmaicony w porównaniu z tym, co widzieliśmy z okien transyberyjki. Cudne lasy, wzgórza, wąwozy, rzeczki i jeziorka, a i domy w mijanych wioskach są bardziej okazałe,  jednak i tu widać, że na prowincji, delikatnie ujmując, się nie przelewa. Zdumiewa mnie brak kwiatów w przydomowych ogródkach. Nie spodziewałam się wypasionych roślin z centrum ogrodniczego, lecz cokolwiek kolorowego. Przecież w Polsce w czasach komuny, mimo iż wiejskie podwórza nierzadko były składowiskami gnojówki, starych opon, zardzewiałych części karoseri i popsutych narzedzi, to jednak przed domami od frontu w ogródkach kwitły malwy, nagietki, margerytki, lwie paszcze. A tu nic, tylko bałagan Jakoś to się kłóci z rosyjskim wrodzonym zamiłowaniem do barwnych dekoracji.
      Niewielu pasażerów jedzie do stacji docelowej, większość podróżuje na niewielkich dystansach, oczywiście niewielkich w rosyjskim rozumieniu. Trudno w takim przypadku o bliższy kontakt.  Brakuje mi tej familiarności zapamiętanej z podróży Moskwa Irkuck sprzed 7 lat. Teraz, choć nasi sąsiedzi wiedzą,  że jesteśmy obcokrajowcami i wciąż z ciekawością acz nieśmiało zerkają na nas, to jednak nie próbują nawiązać rozmowy. Gdy napotykam spojrzenie odpowiadają uśmiechem na mój uśmiech, ale szybko uciekają wzrokiem w drugą stronę. Jakoś odbiera mi to odwagę aby samej zagaić rozmowę.

Znów zatrzymujemy się na stacji na półgodzinną przerwę. Niestety babuszki z gotowymi obiadami zniknęły z rosyjskich peronów. Stoją co prawda kioski gdzie można zaopatrzyć się w żywność, ale to już nie ten klimat. Nagle, aż podskakuję gdy za plecami słyszę krzyk silniejszy niż dworcowe megafony:
"Mióóóód!!! Rzepakooooowy! Lipoooowy! wielowiatoooowy!
Odwracam się. Za mną stoi czarnowłosa dziewczyna z wypchaną siatką w jednej ręce i plastikowym pojemnikiem w drugiej. 
 Jest mistrzynią handlu, nawet nie wiem kiedy i  jak staję się posiadaczem półlitrowej miseczki wypełnionej złocistym miodem. Jakby zahipnootyzowana jej silnym głosem smakuję inne gatunki, Jednorazowe łyżeczki? - a kto by się tu w to bawił- miodów próbuje się  po prostu maczając palec w likworze. Pewnie nie skończyłoby się na jednym pojemniku, gdyby nie otrzeźwił mnie  zdumiony głos Jana: ''A po co nam tyle miodu? Kto to będzie taszczył?!"
  Zamawiam herbatę do zakupionego miodu, lecz tym razem daję konduktorce odliczone pieniądze. 
Za każdym razem gdy jej płacę , ona obiecuje przynieść za chwilę resztę co kończy się na obiecankach- przymykałam oko, ale jak obliczyłam jest mi już winna ponad 7 euro. Wystarczy jako napiwek za całą drogę. 
Elena świetnie rozumie przesłanie, kryjące się za tą ścisle wyliczoną kwotą. Jest Kałmuczką i jako typowy człowiek Wschodu szóstym zmysłem wyczuwa jak jeszcze można zarobić. W moim przypadku nie musi się uciekać do paranormalnych zdolności:
" Żanna,  jak  mi dasz sto rubli to ci pozwolę palić na korytarzu. ". 
Trafia w czuły punkt- to już 8:0 dla niej.
 Wieczorem zachodzimy do wagonu restauracyjnego. Opchaliśmy się  w naszym wagonie suchym prowiantem i chińskimi zupkami, teraz mamy ochotę na "'coś mocniejszego".
W restauracyjnym barku jeszcze nie usiedliśmy, a kelenerka już podaje nam kartę menu.
Rozczarowana dziękuję:
 "Ach, chcieliśmy wypić po drinku, ale widzę, że macie tylko wino i piwo."
"Ależ znajdzie się"'  uspakaja.
 I rzeczywiscie, idzie na zaplecze i za chwile wraca w asyście kolegi, który z powagą jakby tu chodziło o wyjątkowy rocznik szampana, otwiera przy nas dwa stugramowe słoiczki z wódką. 
 Jesteśmy jedynymi klientami, światło lekko przygaszone, cichutko brzmi z radia nastrojowa muzyka, a za oknem widoki zapierające dech w piersiach. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca na wieczornym niebie i na spokojnych falach Wołgi skrzy się złoty kolor, plasają, jakby pieszcząc się, mieszając i odskakując od siebie, wszystkie możliwe  odcienie rożowych i liliowych pasteli. Dla kontrastu, na odległych ciemnofioletowych brzegach rzeki ostrym brzoskwiniowym kolorem świecą elektryczne lampy mijanych miasteczek i wsi. 
Jakże zazdroszczę w tej chwili osobom obdarzonym talentem poetyckim albo malarskim. Na szczęście Jan ma ze sobą kamerę, to czego nie zdołam opisać nasi przyjaciele zobaczą na filmie. 
Przed pogrążeniem się w melancholii ratuje mnie kelnerka pytając czy ma jeszcze raz zajrzeć na zaplecze. Ot, to się nazywa zrozumienie słowiańskiej duszy....!





Geen opmerkingen:

Een reactie posten