20150929

CARSKOJE SIELO

    Dzisiejszym punktem programu jest Carskoje Sieło - letnia rezydencja carycy Katarzyny (to ten pałac z bursztynową komnatą). 
 Elektriczką dojeżdżamy do miejscowości Puszkinoje.

W pociągu, obwoźnemu sprzedawcy udaje się "wcisnąć" Janowi sekator przecinający dosłownie wszystko! a, przyznaję, sama zafascynowana przyglądam się, gdy narzędzie z łatwością dzieli na pół pręt gruby jak palec. Cena za cudeńko - 5 euro, po prostu wydaje się gestem dobroczynności. 
W Carskoje Sieło, kolejka do kasy muzeum, niestety przypomina mi peerelowskie czasy... jak za mięsem....

O tym, że cel jest bardziej szlachetny przypomina spacerujący opodal sobowtór Puszkina.

 
60 minut później, ściskamy, owszem, bilety wstępu , ale dopuszczające do zwiedzenia rezydencji dopiero za trzy godziny.




Z kolei w przypałacowym parku od razu możemy naspacerować się do woli, co też, z ochotą czynimy. 






 

















 


Po długiej włóczędze po cudownych carskich ogrodach wstępujemy do kawiarenki na małe conieco.

Gdyby nie szczodrość naszych gości z jubileuszowej imprezki pewnie przycupnelibyśmy na lunch na jakiejś ławeczce rozpakowując kanapki i jajka na twardo przygotowane wcześniej w hostelu. 
Tym razem, jak paniska, zamawiamy pieczone kiełbaski i sałatki, a nawet, ba! jak szaleć to szaleć - kufelek piwa i kieliszek wina. Nie wiem, czy to pełen brzuszek, czy ten kieliszek wina spowodował, a może pieniądze "chamieją" słabsze duszyczki...W każdym razie, rozpieram się na krzesełku na tarasie, spoglądając na pałac nieco butnie ( bo tak właściwie, to mi się należy!) i nieco z żalem ( bo to nie moje...), mimo, iż wciąż wywołuje odruch wymiotny złocona fasada kiczowatego budynku.




Z nadzieją, że ta zewnętrzna strona rezydencji to tylko taka "okryjbida", "błyszcząca nędza",  kierujemy się w stronę wejścia. 
Hol wydaje się potwierdzać nasz optymizm,

niestety - i dalej tym gorzej...




Na tym tle, nawet porcelanowe zestawy stołowe ( do których oboje mamy szczególną słabość - zjemy z ochotą suche skórki chleba, aby tylko stół był pięknie nakryty), nie wzbudzają ani zachwytu ani zazdrości.


Pytam jedną z pań muzealniczek jak dojść do bursztynowej komnaty. Ta, zamiast udzielić mi odpowiedzi, mimo moich protestów, przydziela nas do chińskiej wycieczki, której przewodnik, na domiar nieszczęścia, nie mówi, a wrzeszczy! I to po chińsku!
 Oczywiście nie poddaję się bez walki, ale to tylko pogarsza sprawę. Mam wrażenie, że każda z opiekunek muzeum umieszcza nas na swoim celowniku i jakakolwiek próba skoku w bok jest natychmiast korygowana. 
Stąd rada: jeśli przyjedziecie do Carskoje Sieło, za żadne skarby nie przyznawajcie się, iż jesteście indywidualnymi turystami. Z łzą w oku wspominam czasy gdy w rosyjskich muzeach byłam pożądanym gościem, a nie natrętną muchą. 
 Już w kasie muzeum uprzedzano nas, aby nie fotografować bursztynowej komnaty. 
Przed wejściem do tej szczególnej sali panie pilnujące porządku przeobrażają się z rozjuszonych psów w wściekłe brytany. Na szczęście wyczytałam gdzieś radę podróżnika, aby zrobić zdjęcie z sąsiedniej sali. Przewodniczka, mrs. Jekyll łapie mnie za rękę, za późno - zdążyłam cyknąć. Jan też słyszy reprymendę, na którą przepraszającym gestem reaguje, ale po jego zadowolonej minie wnioskuję, że i u niego "mission complete".

 Nie jesteśmy odosobnieni w tych narzekaniach - jedna z rosyjskich turystek nawiązuje z Janem rozmowę ( w której nie uczestniczę ze wstydu, bo gdzież mi do tego akcentu i tej znajomości słówek). Jest równie zdumiona i rozgniewana jak my z niemożności uwiecznienia na zdjęciu Bursztynowej Komnaty.
 Dyrekcja muzeum usprawiedliwia zakaz obawą o tworzenie się gigantycznych kolejek w tej sali. Bzdura! To właśnie te ukradkowe próby fotografowania powodują chaos. Przy dobrej organizacji, np. jak przy Ustach Prawdy w Rzymie wszystko przebiegłoby gładko. 
    No, ale dosyć biadania, są i sale i eksponaty, wzbudzające we mnie podziw a nawet ekstazę, min. szaty koronacjne Katarzyny II (moja pasja do kostiumów).









       Po powrocie do Petersburga, idziemy na jeszcze jeden spacerk po tym przepięknym mieście, fundujemy sobie jeszcze jeden pyszny obiadek, po czym pakujemy się i jedziemy metrem na dworzec autobusowy skąd odjeżdżamy do Rygi. 
   Z drżeniem serca myślimy o całonocnej podróży autobusem. Wyjście było, ale koszmarnie drogie - kuszetka w pociągu. Planując podróż robiłam to "budżetowo", teraz zmienić nic nie można, tym bardziej, iż prezenty podczas całej podróży udało nam się już całkowicie a przyjemnie "przepultać". Siedzimy więc pokornie na dworcu następne cztery godziny sącząc colę, herbatę, colę, herbatę...




Geen opmerkingen:

Een reactie posten