20221207

Camino trzeci dzien

   Rankiem, gdy opuszczamy naszą Casa Maruja, niebo jest zachmurzone, ale w dolinkach ścieli się mgła; pewnie będzie tak jak dotychczas, czyli od drugiej po południu słoneczko przypiecze. 
 Dzięki wizycie w Santiago de Compostella papieża Jana Pawła II, Camino zyskało na popularności, a za rozgłosem przyszła i ekonomiczna poprawa bytu mieszkańców Galicji. Niektóre stareńkie domy pięknie odnowiono, niektóre... mniej pięknie.
W Hospital de la Cruz, wstępujemy na kawę do przyjemnej kawiarenki"El Labrador" . Czekając na zamówiony napój stemplujemy credenciały. I kawę i świeży sok pomarańczowy (wciąż kosztuje grosze) zabieramy na taras na zewnątrz, sadowiąc się koło uroczego manekina ubranego w pielgrzymi strój.
Słońce pokazuje się wcześniej niż oczekiwaliśmy co wprawia nas w doskonały humor, zaczynamy rozgrywkę ze znajomości hiszpańskich słówek. Przygotowując się do Camino, kilka miesięcy wstecz zafundowaliśmy sobie mały trening przechodząc codziennie minimum 5 km dziennie. Na każdy spacer zabieraliśmy ze sobą "Rozmówki niderlandzko- hiszpańskie", aby przy okazji nauczyć się przynajmniej podstawowych zwrotów. Rezultaty nikłe, jako, że zawsze były jakieś bardziej gorące tematy do omówienia. Summa summarum - lądując w Madrycie umiemy pozdrowić "Hola" i liczyć po hiszpańsku do dziesięciu. Ale, że rzeczywiście podróże kształcą, to i my czegoś się nauczyliśmy po drodze i teraz miażdżymy się wzajemnie wiedzą przekrzykując na przemian :"Naranja! ( pomarańcza)", Huewos! (jajka)", "Jambon! ( szynka)!", "Queso! (ser)". Znam jeszcze zwroty "w lewo", "w prawo", "wprost", powinnam więc wygrać, ale Jan bardzo niesportowo, ni stąd ni z owąd, przerywa pojedynek rozśmieszając mnie imitacją odgłosu typowego dla kawiarnianych maszyn do parzenia kawy:"Kszszyyyysz!czuuu!czysz!Kszyk!kszyk!czuuuuu...." Tak na marginesie, tym naśladowaniem, będzie mnie jeszcze bawił nie tylko miesiącami, ale i nawet latami. 
Gdy dopijamy kawę, z głośników słychać jeden z moich ulubionych przebojów Michaela Jacksona "Black or wiht". Nogi, aż wyrywają się do tańca, ale wstydzę się zrobić jakiś "szoł'' przy tylu pielgrzymach mijających naszą kawiarnię. Hit tkwi mi wciąż w głowie gdy wyruszamy w dalszą drogę i ten początkowy etap camino właściwie przetańcowuję, a nie przechodzę. A jakie przy tym śliczne dekoracje balowej sali
       Czytając, przed wyjazdem, iż przekraczać będziemy najwyższy punkt camino na tej trasie, nawet na moment nie zastanowiłam się czy dam radę, no bo co to jest takie mizerne 722m n.p.m., na kartkach książki. Hm, co innego czytać, co innego przechodzić. 
Poza tym, wtedy bardziej zainteresowała mnie sensacyjna informacja z Códice Calixtino, iż na wzgórzach wokół Ligondy, aż roiło się od prostytutek próbujących zwabić tych słabszych cieleśnie pielgrzymów. 
Teraz, pokonując Sierra de Ligonde czuję się jak Tuwimowska lokomotywa "...ciężka, ogromna i pot ze mnie spływa:..." idąc "...już ledwo sapię, już ledwo zipię..."- ale to nie "...palacz jeszcze węgiel we mnie sypie...". To ja sama sobie TAKIE wakacje sobie zafundowałam, ba! latami marzyłam o nich. 
W głowie brzmi mi komentarz brata na moje skargi o takich sytuacjach:
"...no cóż...zachciało się Marysi słodkich jagódek..." 
 Takie słodkie to te owoce nie są bo... wciąż w górę, w dół, w górę, w dół... 
Najprzyjemniejsze nie jest schodzenie ze wzgórza - wtedy od razu widać następną pnącą się ku niebu drogę. Najprzyjemniejsze są ostatnie metry pokonywanego wzniesienia z nadzieją, iż potem choć kilkadziesiąt metrów przejdzie się po płaskowyżu. A bywa i tak! A bywa i nie... 
Idąc, wspominam różne ciężkie momenty na poprzednich wycieczkach. Myślę o dworcu w Rybińsku, o dworcu w Wilnie, wizycie w ukraińskim Skole, i wielu innych i nagle odzyskuję siły i chęć do pokonania kolejnych pagórów. Poradziłam sobie tam, to i teraz dam radę! Marysine jagódki nagle "słodzieją". 
 W następnej wiosce zatrzymujemy się na lunch. 
Ventas de Narón to mała osada licząca około 20 osób, ale w przeszłości, doszło tu do ważnej, w dziejach Półwyspu Iberyjskiego, bitwy między armią pod flagą półksiężyca, a wojskami chrześcijańskimi. Emirat kordobski zaostrzył zęby na północną część Hiszpanii, na co król Artrurii Alfons II, wraz ze swymi rycerzami odpowiedział stanowczym "NIE!", popartym powszechną mobilizacją i gotowością do walki. Do starcia sił doszło w 820 roku, właśnie w tym miejscu. Dzięki tej zwycięskiej bitwie i porażkom Maurów w kolejnych potyczkach, szersza fala nowych chrześcijańskich osadników z większą odwagą przybyła do opustoszałej wówczas Galicji. 
Za panowania Alfonsa II, władcy Arturii (królestwa, założonego przez Wizygotów na terenach dzisiejszej Galicji po 722 roku - roku gdy rozpoczęła się rekonkwista), według tradycyjnych przekazów, odnaleziono kości Św.Jakuba Wielkiego w Galicji i rozpoczęło się pielgrzymowanie do Santiago de Compostela. 
W wiosce robimy przerwę na śniadanie. Doskonale wybraliśmy bar, gdyż oprócz nieśmiertelnych "huevos" i "jambonu" można też zamówić danie całkowicie nieznane przeciętnemu "menu pelegrino". Z dreszczykiem emocji, właściwym pionierom, prosimy kelnerkę o podanie tak egzotycznej potrawy jak...sałatka z tuńczyka. Nareszcie coś innego.
Pychota! 
Przy wyjściu z wioski stoi kaplica Św. Marii Magdaleny zbudowana przez templariuszy, jedyna pozostała część istniejącego tu niegdyś szpitala dla pielgrzymów.
Kościelnym tej świątynki jest niewidomy mężczyzna, który stempluje nasze credenciały opierając dłonie na naszych rękach wskazujących miejsce gdzie trzeba przyłożyć pieczęć. 
Podobno stróż kaplicy często obdarowuje pielgrzymów obrazkiem z Św. Marią Magdaleną. Fakt, iż ta swoista "premia" nie przypada nam w udziale, wcale nas nie dziwi. Zakrystian zapewne wyczuł przez skórę dotykając naszych rąk, iż takim grzesznikom jak my to nawet wizerunek Świętej nie pomoże. Zatem jeszcze silniejsza motywacja do dalszej peregrynacji. 
      Łagodnie opadającym zboczem schodzimy w kierunku wioski Os Lameiros, w której stoi jeden z najbardziej znanych i fotografowanych w Galicji kamiennych krzyży.
Postawiony został w 1670 roku, a jego wyjątkowość polega na tym, że jest dwustronny - z jednej strony widać dorosłego Jezusa na krzyżu, z drugiej Maryję z Dzieciątkiem Jezus.
Podstawa krzyża podzielona jest na cztery boki i ozdobiona płaskorzeźbami symbolizującymi męczeństwo i śmierć Chrystusa: drabina, gwoździe, młotek, ciernie, czaszki. 
Caminowscy blogerzy podpowiadają, iż w tym miejscu najczęściej wysłuchiwane są prośby o wyleczenie raka. Na tę chorbę, niestety, cierpi akurat teraz siostra mojej mamusi, moja śliczna ciocia i zarazem moja serdeczna przyjaciółka, Ania. Niestety, mimo naszych żarliwych modlitw pod krzyżem, kilka miesięcy póżniej pożegnamy ("...nim znów się spotkamy...") tę piękną, elfom podobną istotę.
 W następnej osadzie Ligonda, w średniowieczu mieścił się szpital dla pielgrzymów i cmentarz. Dziś ogromny, ogrodzony kamiennym murkiem trawnik przypomina o tym fakcie.
W centrum wioski napotykamy na gospodę Fuente del Peregrino kokietującą tabliczką
 z napisem :"Tutaj, uściski za darmo!"
I nęci mnie to przyrzeczenie, bo jestem z natury taki "miś - przytulas", i obawiam się rozczarowania. Obietnica alberque zostaje spełnona w 100 procentach - nagle wpadam w serdecznie rozwarte ramiona przesympatycznej pani, która z zachwytem mrucząc :"Oooo. Ooooo....." tuli mnie jakbym była Najważniejszą Osobą na Świecie. Dzięki niej, w tym momencie, tak właśnie się czuję. O! Jak fajnie!
Pani zachęca nas do odwiedzenia baru przy “La Fuente”. Właściwie to nie chce nam się ani jeść ani pić, w kawiarence zamawiamy tylko po butelce mineralki, aby trochę odwdzięczyć się za gościnność.
 Przy regulowaniu rachunku, kelner do pokwitowania dodaje folder w języku niderlandzkim, namawiający do zastanowienia się co oznaczają, jak rozumiesz to, jak ważne jest dla ciebie 5 głównych symboli pielgrzymki: strzałka, plecak, laska, plaster, muszla. 
W pierwszej chwili zaczynam się zastanawiać, w drugiej chwili ogarnia mnie irytacja na samą siebie. Czyż muszę zawsze wszystko usprawiedliwiać, tłumaczyć, argumentować, rozdzielać włos
 na czworo !? Nie, nie muszę! Chowam folderek do plecaka, może kiedyś przyda się, gdy zabraknie tematu podczas "nocnych, długich Polaków rozmów". 
   Alberqe "Fuente" powstało w 1999 roku jako efekt pielgrzymki Johna O'Neal, który przemierzając Camino rok wcześniej, pomyślał, iż obdarzając wędrowców gościnnością i miłością, można im przybliżyć postać Jezusa. Chyba niewiele zostało z tych szlachetnych zamiarów, w każdym razie, poza "free hugs" nie widzimy różnicy między tym, a innymi alberquami. Ceny nawet nieco wyższe ( no cóż, nikomu pieniążki złotym deszczem nie spadają z nieba), a i nikt z wolontariuszy pracujących tutaj nie próbuje nawiązać z nami głębokiej, spirytualnej rozmowy, jedyny objaw troski o stan naszej duchowości to ten folder...
Mnie to nie przeszkadza, chciałam uścisków i dostałam je, ba! wychodząc z kawiarni pytam, czy mogę przytulić się jeszcze raz, a w odpowiedzi, bez słowa, wolontariuszka serdecznie rozpościera ramiona. Nim opuścimy to sympatyczne miejsce widzimy niestety nieco mniej sympatyczną scenę: pani Przytulajka zaprasza do objęć, do ukochania, młodą dziewczynę. Ta reaguje niczym przysłowiowy diabeł na święconą wodę. Mimo, iż i tak stoi w znacznej odległości od wolontariuszki cofa się jeszcze dalej, tłumacząc:" nie, nie, jeszcze nie jestem na to gotowa!". 
Jan i ja oglądamy incydent ze zdumieniem - "nie jest jeszcze gotowa"? Do czego nie jest skora? - do serdecznego uścisku pani, która mogłaby być jej babcią? I to 50 km przed Santiago? to co ona właściwie robi na Camino? Zalicza kilometry? 
Omawiamy to zdarzenie jak stare kumoszki, jeszcze po wyjściu z wioski, ale powoli chyba uroda otoczenia przywołuje nas do porządku.
Jak nieładnie z naszej strony tak szybko kogoś osądzać, a przecież mogła to być też np.osoba autystyczna. Spontanicznie przytulamy się, nie wiem, czy na znak wybaczenia sobie grzeszku, czy tak na wszelki wypadek, aby przekonać się wzajemnie, że autystyczni nie jesteśmy. 

 Po drodze spostrzegam z przyjemnością, że nasz sympatyczny dobranockowy Reksio za granicami podbił serca nie tylko niemieckich (min. moich ciotecznych bratanków), ale i hiszpańskich dzieci.
Szybko, może po przejściu kilometra przysiadamy na poboczu. Nogi troszkę omdlewają - nie, nie ze zmęczenia, tylko z takiej zwykłej radości, bo słońce cudnie grzeje, zieloność wokół zachwyca...bo po prostu, bez powodu na duszy radośnie jest i już, koniec, kropka. 
Siadamy na poduszeczkach, które zabraliśmy z domu - lekką gąbkę obszyłam wodoodpornym materiałem. Polecam na podróże- mało miejsca zajmuje w bagażu, niewiele waży, a na wycieczkach pozwala na niezależność - można dosłownie usiąść w miejscu gdzie się stoi.
Dobrze zrobiliśmy fundując sobie ten odpoczynek, gdyż miejsce, gdzie planowaliśmy postój ze względu na oryginalną dekorację (Portos)
 jest zamknięte, a kolejna osada, Lestados, szczyci się tylko przepięknym kościołem."Cafe nijet!"
Dopiero w Os Valos możemy napić się soku.
Nieco dalej mdleję z zachwytu na widok tak świetnie zachowanego zabytku
 Każdy fragment pralni jest z należnym zainteresowaniem i szacunkiem "obcykany".
 Przechodzimy drogą wiodącą przez mały wąwóz, gdzie korony rosnących po bokach drzew, tworzą podobny ukraińskiemu, tunel miłości.
Niedługo po tym dochodzomy do przedmieść Palas de Rei.
Miejscowość zawdzięcza swą nazwę królowi Wizygotów Witizy, który tu zbudował swój pałac i stąd rządził krajem. 
Z ulgą witamy pozorny koniec dzisiejszej wędrówki, pozorny, gdyż miasteczko jest dłuższe niż szersze... idziemy, idziemy i idziemy mijając pierwsze domostwa osady, mijamy centrum, mijamy peryferia, a wszędzie kłują w oczy rozbawieni, zrelaksowani, już rozpostarci wygodnie na krzesełkach tarasów pielgrzymi,..a do naszego alberque drogowskaz wciąż nakazuje dalszą drogę...
W końcu dochodzimy do naszego hotelu położonemu na samym końcu osady. I tu dobra passa wraca - pani recepcjonistka uprzejmie nas informuje, iż za tę samą wcześniej umówioną cenę, dostaniemy pokój z prywatną łazienką. Kilka miesięcy temu, gdy próbowałam taki zarezerwować, wszystkie były już zajęte. Na nasze szczęście, dziewczyny, które rezerwowały ten pokój nie chciały nocować od frontu. A więc - proszę bardzo! Jak ktoś uprze się na luksusowe przejście Camino, to mu się to uda!
Słońce wciąż pięknie przygrzewa, wychodzimy więc na zewnątrz i zasiadamy przy stole, którego blat stanowi jedna kamienna bryła. W takim klimatycznym "zewnętrzu" to nie wypada zamówić kawy, herbaty czy nawet wódki z colą. Na stoliku ląduje lokalne piwo i kieliszki z likierami - cytrynowym i kawowym konkurując o pierwszeństwo w smaku.
Niestety, w wypadku "cytrynówki" jestem już tak rozpaskudzona jak dziadowski bicz przez mojego polskiego przyjaciela Artura, który sporządza ten napitek w mistrzowski sposób. Wątpię, abym kiedykolwiek, gdziekolwiek tym napitkiem delektowała się bardziej niż tym "Made by Artur". Natomiast likier kawowy... Ach! tak pewnie smakowała ambrozja na olimpijskich ucztach...

Geen opmerkingen:

Een reactie posten