20221207

camino dzien 5

    Po porannej kawie, wychodząc z hotelu, zostawiamy w holu nasze plecaki. Kładąc na wierzchu bagażu kopertę z pieniędzmi - opłatę dla firmy przewozowej, nagle uświadamiamy sobie uczciwość peregnujących - przecież ktoś mógłby spokojnie pozbierać koperty i ich zawartość po prostu schować do własnego portfela, a jednak nikt tego nie robi. Pokrzepieni wiarą w cnotliwość ludzką kierujemy się na trakt. 
Przechodzimy obok miejscowego bazaru, gdzie królujące nad kramami kamienne lico Madonny czujnie nadzoruje rzetelność transakcji.
Tu na targowisku, przypadkowo za pewną grzeczność spontanicznie dziękuję Janowi po polsku. W tym momencie podchodzi do nas pątniczka pytając czy jesteśmy Polakami. Okazuje się, że pani Ula jest córką polskich imigrantów z lat 50- tych, którzy osiedlili się na stałe w Paryżu. Mimo, iż urodzona we Francji, Urszula posługuje się doskonałą polszczyzną, tylko ten akcent...Powstrzymuję jednak śmiech, bo wiem jak drażniące są i dla mnie samej uwagi : "Och! Asia, jaki masz uroczy wschodnioeuropejski akcent" . I to właśnie w chwili, gdy jest się przekonanym o własnej lingwistycznej muzykalności! Zatem teraz darzę komplementami za znajomość naszego języka i tu przypomina mi się anegdota z naszego życia: Jan chciał mi zrobić niespodziankę i po przestudiowaniu kolejnej lekcji j. polskiego z samouczka zagadnął do mnie :"Le piey?" "Przecież wiesz, że nie znam francuskiego" zirytowałam się, "To nie francuski, to polski" odpowiedział równie obrażony Jan podając mi podręcznik. Chodziło o przysłówek "lepiej"... 

Na rogatkach miasta ostatni rzut na osadę
i przy kościółku Iglesia de Santa María de Melide rozrzewnia nas kamienny wizerunek Madonny z ....siateczką w ręce... jakby wróciła z targu...
Mijamy grupę myśliwych, którzy za miastem urządzili miejsce zbiórki, tu parkują samochody, hałaśliwie witają się, chwalą się flintami. Jest niedziela, idę z pielgrzymką,
ale na ten widok mroczne myśli przelatują przez głowę "A niech was licho porwie z takim hobby..."

 Po drodze znów cieszą i serce i oko z pietyzmem odrestaurowane domy i budynki gospodarcze.
Ze zdziwieniem ( kiedy to się stało ?), z przyjemnością ( bo jesteśmy już w połowie drogi), ze smutkiem ( zbliżamy się coraz szybciej do końca Camino), dochodzimy do słupka informującego, iż do Santiago dzieli nas tylko 50 km.
Dalsza droga to po prostu marzenie...
Za jednym z zakrętów wita nas machając ogonkiem szary osiołek. Na murku oddzielającym jego pastwisko od naszej drogi stoi puszka na pieniądze ( donativo) i pieczątka do podstemplowania credencialu. 
W naszym portfelu brzęczy tyko 40 centów i szeleszczą banknoty po 20 euro.... no cóż, to troszke za dużo dla tej jednej pieczątki. Trudno, wrzucamy miedziaki i stemplujemy caminowskie paszporty. 
Przy okazji z zamieszczonej obok puszki informacji dowiadujemy się, że osiołek nazywa się Stuwey i wraz z przyjaciółką Rosamundą jest w trakcie pielgrzymki : Budapeszt - Santiago - Rzym - Budapeszt. Stuwey oczywiście sam nie wpadł na pomysł peregrynacji, zrobili to jego węgierscy właściciele. 
Nieświadomy naszego ( niezawinionego) skąpego udziału w finansowaniu dalszej ich wędrówki Węgier, słysząc brzęk monet wpadających do skarbonki, podchodzi grając na flecie do osiołka. Stuwey strzyże uszami, nieznacznie obraca się jakby przybierał postawę obronną, nozdrza jego rozdymają się, gdy próbuje wyniuchać marchewkę - informacja zamieszczona przy puszce zapewnia, iż większość datków przeznaczona jest na zakup prowiantu dla osiołków.
Dalsza droga często pokryta jest dywanem z żołędzi lub kasztanów. Trochę mi nieswojo na ten widok, rozglądam się niespokojnie wokół obawiając się żerujących dzików. Na szczęście nie widać nawet śladów rycia
Napotykamy stragan "El Pequeno Oasis", którego właściciel sprzedaje sezonowe owoce i produkty własnego wyrobu. Kupuję kawałek sera Tetila pokrytego cienką warstwą dżemu z fig oraz kilka świeżych i kilka suszonych egzemplarzy tego mojego uubionego owocu.
Łasi się do mnie psiak kramarza. Częstuję go pozostałą jeszcze z śniadania szynką.
 "Kochasz mnie ?" pytam głaszcząc jedwabisty łepek.
 "Bardzo!" odpowiadają wierne oczęta "A jeszcze bardziej zawartość twojego plecaka".
Blogerzy opisujący swą wędrówkę do Santiago często narzekają na zatłoczenie trasy na ostatnich 100 kilometrach Camino Frances. Nam zdarza się takie "zagęszczenie" na drodze, jak widać na poniższym zdjęciu, 1-2 razy dziennie.
Dochodzimy do wioski Boente
i zatrzymujemy się na lunch w albergue ". El Alemana". Spodziewam się tradycyjnego "menu peregrino" tzn. grilowanej piersi z kurczaka, frytek, listka sałaty i plasterka pomidora.
 Zanim otwieram kartę wzdycham : 
"Oj, z jaką przyjemnością zjadłabym teraz talerz rosołku..."
 "To zerknij na menu" śmieje się Jan. 
Ach! Marzenia się spełniają! Zupie co prawda daleko do arcydzieł gotowanych przez moje "Rosołowe Królowe" - ciocię Anię czy moją przyjaciółki Olę i Asię, ale nie narzekajmy - jest to miła podniebieniu odmiana.
W centrum wioski, woda z średniowiecznej fontanny A Saleta podobno leczy odciski, poprawia apetyt, dodaje sił do dalszej drogi. Nie kusimy się na degustację, bo jak wyczytałam, nieraz przydarzały się pielgrzymom dolegliwości żołądkowe po korzystaniu z takich przydrożnych źródeł.
Jeszcze krótka modlitwa w prześlicznym kościółku Igrexa de Santiago,
 stemplujemy credencial i wyruszamy w dalszą drogę.
Okazuje się, że i my stanowimy atrakcję dla "lokalsów" . Krowa przestaje przeżuwać, patrzy na nas z takim zdumieniem, jakby pierwszy raz widziała człowieka. A może wie, że przed nami najtrudniejszy odcinek tego Camino o wiele mówiącej nazwie "Łamacz nóg", i dziwi się, że my tak dobrowolnie...
Na monotonię drogi narzekać nie możemy
W końcu zasapani, spoceni dosłownie padamy na barowe krzesełka w wiosce Ribadiso.
Nagle aż podskakuję, gdy dobiegają nas odgłosy jakby detonacji z pobliskich lasów. 
Przypomina mi się poranne spotkanie z myśliwymi. Czy oni w te biedne zające rzucają granatami? 

Przechodzimy przez kamienny most na rzece Iso.
Obecny zbudowany został w 12 wieku, ale jego historia sięga czasów Cesarstwa Rzymskiego. 
Wioskę Ribadiso 30 lat temu odrestaurowano i stanowi teraz przykład charakterystycznej, tradycyjnej galicyjskiej wsi rolniczej z domami zbudowanymi wzdłuż drogi. Uroku budynkom dodają ramy okienne pomalowane na jasnoniebieski kolor. 
W średniowieczu powstał tu szpital dla pielgrzymów, który podobno istnieje do dzisiejszego dnia - (wg.XVI wiecznego tekstu) budynek można było kupić jedynie jeśli potencjalny nabywca zobowiązywał się zachować szpital i dobrze opiekować się chorymi pielgrzymami. 
   Zimna woda Iso i łagodnie opadające brzegi rzeki zachęcają do ochłody znużonych nóg. Z żalem rezygnuję pamiętając ostrzeżenie znajomej pielęgniarki: "Przejdziesz bezproblemowo Camino o ile stopy pozostaną suche. Żadnego moczenia w strumieniach!".
Ostatnie kilometry do Arzua pokonujemy ostatkiem sił.
 Zaczyna coraz mocniej padać, zatem tylko wychodzimy na kolację i wieczór spędzamy we własnym pokoju.

Geen opmerkingen:

Een reactie posten