20221207

camino dzien czwarty

     Budzimy się jak skowronki o ósmej, a pół godziny później jesteśmy już na szlaku.
 Mile zadziwieni, gdyż nie wita nas mglistością poranek, macierzyńsko otuleni pierwszymi promieniami słońca, wędrujemy początkowo wyjątkowo prostą drogą. 
Trakt nagle przecina równolegle biegnącą szosę i zaczyna wić się wśród urokliwych wąwozów, leśnych ścieżek i zielonych pastwisk.
Na błoniach pasą się stada tzw. „galicyjskich blondynek” - uśmiecham się na widok tych moich sióstr mniejszych, bo choć jako blondynka jestem tylko "farbowanym lisem", ale za to autentycznie galicyjskim!
Mijamy albergue z ogromniastą muszlą Św. Jakuba na ścianie.
    Droga wciąż cudownie prosta, płaska, tak, że aż człowiek przyzwyczajony do przeciwności losu, zamiast cieszyć się chwilą, zaczyna się niepokoić: "Kiedy zaczną się wzniesienia?" 
   Mija nas niewielu pielgrzymów, wśród nich rowerzyści, stanowiący odrębny rodzaj pątników.
 Przed wyjazdem, czytając relacje innych z tej szczególnej wędrówki, obawiałam się spotkań z cyklistami. Narzekano na ich arogancję, nieliczenie się z pieszymi, na powodowanie wypadków drogowych. 
My, akurat, takich zachowań nie spostrzegamy. Wręcz przeciwnie - mijający nas rowerzyści, bardzo uprzejmie, w odpowiednim czasie ostrzegają dzwonkiem o swoim przejeździe i pozdrawiają całkiem nieśmiałym, wręcz pokornym "Buon camino". Zważywszy, iż muszą dla uzyskania Composteli pokonać nie 100 a 200 km i to po kamienistych, górskich drogach, to właściwie my piechurzy powinniśmy patrzeć na nich ze skruchą. 
Ze szczerym podziwem słuchałam wczoraj wieczorem w naszym hotelu opowieści dwóch holenderskich cyklistek, ( nota bene - pań zbliżających się ku 80-tej wiośnie życia; a figury miały takie, że można skręcić się z zazdrości) o radości tej podróży. 
Z drugiej strony, gdy na szlaku uroda miejsca po prostu zmuszała do popuszczenia wodzy wyobraźni, brzęczyk bicykla dwa razy wyrwał mnie z BARDZO PIĘKNYCH marzeń!!! 
     Dochodzimy do kościoła pod wezwaniem Św.Juliana. Legenda głosi, że Julian, szlachcic, żołnierz, przypadkowo zabił swoich rodziców. Aby zmazać grzech, wraz z żoną Adelą otworzył na miejscu zbrodni hospicjum dla pielgrzymów. Po wielu latach odwiedził go anioł zwiastujący odpuszczenie winy. Pokutujących małżonków, po ich śmierci kanonizowano, a Św. Julian stał się jednym z patronów dla pątników na Camino, rycerzy szpitalników i hotelarzy.
 Świątynię otaczają duże płyty nagrobne niewielkiego cmentarzyka. Na cmentarzu w dużym mieście mijałoby się je bez specjalnej uwagi, tu jednak, ze względu na uboczne położenie sprawiają wrażenie monumentalnych pomników. Wydają mi się, zbyt pompatyczne, zbyt pretensjonalne... nie! Nie, tu nie zostawię wizerunków moich Ukochanych. Zdesperowana rozglądam się dookoła, niestety, nigdzie nie widzę miejsca gdzie mogłabym swobodnie ulokować zdjęcia. Przecież nie położę ich na cudzym grobie, a i nie ma mowy abym znów przyłożyła do fotografii kamyki.
 I nagle, zresztą jak zawsze w takich przypadkach, Matka Natura pomaga. Wzrok mój pada na gruboliściaste krzewiny otulające podwaliny kościołka i ze spokojnym sercem kładę między listki fotografie Mamusi i Krzysia. Tu im będzie dobrze - promienie słoneczne ochronią przed porannym chłodem, liście krzewu osłonią przed południowym skwarem. Wiem, że to takie dziecinne myślenie, pobożne życzenia, rozbujała fantazja, ale czy człowiek dotknięty taką tragedią jak śmierć najbliższych może, czy też musi rozważać racjonalnie? Nie musi. A i nie może, zatem bez zastanawiania się nad logiką poczynań wracam na camino z ulgą, ze spokojem ducha. 
Natomiast właśnie racjonalnie, w następnej wiosce w alberque Casanova przysiadamy na chwilkę. Nie odczuwamy jeszcze zmęczenia, nie jesteśmy głodni, idziemy (siadamy) za głosem rozsądku: drogę trzeba dzielić na małe etapy. Pragnienie jeszcze nie dokucza, więc zamawiamy ulubione napoje - Jan sok pomarańczowy, ja, pomidorowy.
Idziemy dalej, właściwie leniwie wlokąc noga za nogą, co chwila coś szczególnie interesującego przyciąga uwagę,
co chwila przysiadamy na trawie - ot takie prawdziwe wakacje.
W barze "Campanilia"" robimy przerwę na pyszne śniadanie.
Zanurzamy się w cień lasu eukaliptusowego.
Eukaliptusy, ze wzgęldu na szybki wzrost drzew (nawet do jednego metra rocznie), sprowadzono do Hiszpanii dla potrzeb przemysłu celulozowego. Niestety "zapomniano", iż jest to gatunek inwazyjny, eliminujący rodzimą roślinność a co za tym idzie doprowadzający do zmniejszenia populacji miejscowej fauny. Bajkowe dąbrowy muszą ustąpić, przyznajmy szczerze, niezbyt urodziwym przybyszom. 

Droga bardzo łagodnie wznosi się i opada, miejscami jest nawet wyasfaltowana.
Przechodzimy przez uroczą wioskę Leboreiro
mijamy cabaceiro pełniący tę samą funkcję jak horerros
i zatrzymujemy się przy romańskim kościółku de Santa María de las Nieves. 
Również i tę świątynię otacza legenda, wg. której pewnego dnia obok kościoła wytrysnęła woda. Fontanna w ciągu dnia rozsiewała przyjemny zapach, a nocą emitowała światło. Zaintrygowani mieszkańcy wioski zaczęli kopać i wydobyli z ziemi posąg Matki Boskiej. Statuę wieśniacy przenieśli do kaplicy, jednakże, co noc, Maryja wracała do swojej fontanny. Powtarzało się to dotąd, aż okoliczny rzeźbiarz domyślił się, że Święta Dziewica nieszczęśliwa jest z powodu zamknięcia jej w czterech ścianach templum. Figurę umieszczono zatem na tympanie światyni, gdzie pozostaje ona niewzruszenie do dziś.
Starym traktem rzymskim kontynuujemy wędrówkę i mimo, iż musimy kawałek przejść przez nudnawy teren przemysłowy, to znakomita większość trasy cieszy oko tak cudnymi widokami.
Tuż przed wioską Furelos wstępujemy na kawę do klimatycznej kawiarenki, przytulonej do skały.
Atmosferę trochę burzą odgłosy z nadawanego w TV sprawozdania z corridy. 21 wiek, a tu wciąż ludzi bawi taka barbarzyńska rozrywka. 
Kawa jest przepyszna, zamawiamy po drugiej filiżance zapominając o super ciekawym zabytku znajdującym się w wiosce. W pobliskim ( kilkadziesiąt metrów dalej) kościele wisi krzyż na którym rozpięta postać Chrystusa ma jedną rękę przybitą do prawego ramienia krzyża, druga swobodnie zwisa w dół. Nie wiadomo co średniowieczny artysta chciał przekazać w ten sposób, w każdym razie jest to jedyne takie przedstawienie ukrzyżowania. Niestety, kościół zamykany jest już o 15-tej, a my kawusią raczyliśmy się do wpół do czwartej. 
   Po XII wiecznym moście wkraczamy do Fuleros- równie klimatycznej jak i poprzednia Leboreiro.
   Do centrum Melide docieramy wspinając się po drodze biegnącej między wypasionymi willami i dalej między nowoczesnymi blokami. 
Miasto to słynie ze znakomicie przyrządzanej ośmiornicy. Pulperia przy głównej ulicy, którą mijamy po drodze do naszego hotelu jest wypełniona po brzegi ciekawych przysmaku pielgrzymami. Jedni zajadają się już specjałem, dla drugich, z kotłów buchających parą, kuchmistrze wyławiają czerwone macki.
 Stojąc po drugiej stronie ulicy, nie czujemy zapachu potrawy, ale widok entuzjastycznych biesiadników nagle przypomina, że i dla nas nadszedł najwyższy czas na obiad. Niestety, dość długo trwa załatwianie formalności w hotelu; potem oboje, nie wiem dlaczego, wyjątkowo długo "marudzimy" przy odświeżaniu się w łazience, a gdy już w końcu jedną nogą jesteśmy na zewnątrz, właściciel zaprasza na szkalneczkę piwa. Nie wypada odmówić, ba! zaproszenie przyjmujemy z radością, boć to jedna z najfajności podróży - kontakt z lokasami. W efekcie, gdy wracamy do pulperii, po gościach już ani śladu, a obsługa czyści gary i paleniska. Podobno, wieczorem nadejdzie druga tura, lecz my jesteśmy głodni TERAZ! 
 Zaglądamy do sąsiednich barów, ale o dziwo, żadna ośmiornicy nie serwuje. Zamawiamy więc hamburgera z sadzonymi jajkami dla Jana, a dla mnie menu peregrino. Jako przystawkę dostaję świeżutkiego melona owiniętego dobrze uwędzonym jambonem, jako danie główne pyszną rybę o nic nie mówiącej mi nazwie merula, a na deser jogurt owocowy. Do tego kieliszek wina. Cena za menu peregrino - 10 euro. Bajka!
Pomimo swego długiego istnienia (w średniowieczu czynne tu były aż cztery hospicja), miasto Melide niewiele zabytków zachowało do naszych czasów. Średniowieczny kamienny krzyż
i kościół parafialny to jedyne pamiątki z przeszłości.
 Architektura miasta niczym nie zadziwia
 nic więc dziwnego, iż niektóre wystawy oglądam z zachwytem ( bo czyż nie prześliczne te "wiktoriańskie" ciuszki dla dzieci),
 a i Jana uwaga skupa się na czymś zupełnie innym
    Nasze lokum w Melide na pierwszy rzut oka prezentuje się wspaniale. 
Dość długo siedzimy na balkonie omawiając dzisiejszy dzień. Po północy kładziemy się do łóżek z mocnym postanowieniem jak najszybszego zaśnięcia. 
Niestety, w stelażu mojego wyrka brakuje kilku szczebelek i przy każdym poruszeniu ląduję na podłodze. W dodatku pokój mieści się nad restauracją, skąd mimo późnej pory dobiegają bardzo głośne dźwięki telewizyjnego programu. Domyślam się, że na dole odbywa się jakieś "party" i nikt nie pamięta ani o ciszy nocnej ani o utrudzonych pielgrzymach. Z wyrzutami sumienia wspominam niedawną, dłuuuugą biesiadę w szerszym gronie w domu naszej przyjaciółki, której czteroletni synek następnego dnia skarżył mi się:" Całą noc, ciociu, wszyscy głośno imprezowaliście. Można imprezować, owszem, ale po cichutku...". Wtedy odpowiedziałam ze śmiechem :"Borysku, niestety, akurat imprezować po cichutku po prostu się nie da". Teraz wcale mi nie do śmiechu. Próbuję wysłać Jana do baru z misją interwencyjną. Bezskutecznie. Jan już znajduje się na granicy między jawą a snem, z przymkniętymi oczami mamrocze:
 "Staraj się nie słuchać, połóż się wygodnie i postaraj zasnąć..." 
Ach! "Staraj się nie słuchać? Ale jak?"  Głośnik ryczy na cały regulator....
 Wstaję z łóźka, ubieram się i nastawiam na ostrą walkę. Do głowy cisną się takie epitety, o których dama nie tylko nie powinna pomyśleć, ale nawet ich znaczenia znać. 
Zjeżdżam windą na parter do .... kompletnie pustej! restauracji. Sprzątający zastawę z stolików, kelner uśmiecha się serdecznie na mój widok i po wysłuchaniu moich żali wypowiedzianych na wpół agresywnie, na wpół quasi prosząco o przyciszenie odbiornika, reaguje prawie całym ciałem w przepraszającym geście i do tego dodaje wręcz tkliwie wyszeptaną obietnicę:
 "Nie ściszę a wyłączę".
 I rzeczywiście natychmiast to robi. Mile zaskoczona, że cały proceder tak gładko przeszedł, wracam do pokoju gdzie czeka mnie następna rozczulająca niespodzianka: Jan zamienił miejsca i sam śpi na moim niekompeltnym łóżku.

Geen opmerkingen:

Een reactie posten