20221207

camino dzien osmy

    Pobudka o siódmej.
 No cóż, skowronkiem ani nie jestem, ani się nim dziś nie budzę... och! jakże ciężko zwlec się z łóżka...
Ostatni dzień wędrówki, czy dojdziemy, czy nie wydarzy nam się jakaś niemiła niespodzianka? 
   Na zewnątrz, widok rozsłonecznionego świata przepędza wszelkie strachy. 
Przystajemy na chwilę nad brzegiem rzeczki Lavacolla. Niegdyś, pątnicy myli się w tym strumieniu, aby nie tylko czyści na duszy, ale i na ciele, dotrzeć do celu pielgrzymki.
Nagle słyszę za plecami wesołe pozdrowienie:
 "Good Morning Polish lady!" 
To Sean z dziećmi, podobnie jak my, rusza w kierunku Santiago. 
Chwilę rozmawiamy, ale, że idziemy różnym tempem, więc życzymy sobie "buon camino" i żegnamy się. Jedno z tych rozstań, gdy wie się, iż prawdopodobnie już nigdy nie zobaczymy się i ...bardzo się tego żałuje.
    Z Lavacolli do Santiago dystans ma wynosić tylko 10 kilometrów; uważając, iż możemy sobie pozwolić na pewne rozleniwienie, już po godzinie marszu wstępujemy do kawiarenki na szklankę soku. Natychmiast wdrapuje się na moje kolana kot przybłęda radośnie mrucząc. 
Pchły, całymi stadami przeskakują z jego rudej sierści na moją bluzkę i choć natychmiast odskakują z powrotem, to jednak z lekkim obrzydzeniem delikatnie stawiam rudzielca na podłodze. 
 Aliści kociak należy do tego gatunku facetów, którzy nie rozumieją słowa "nie". 
 Przy jego trzecim podejściu wygodnego usadowienia się na moim podołku, daję za wygraną, tym bardziej, że insekty mnie nie gryzą.
         Dąbrowy galicyjskie mają w sobie coś magicznego, co baśniowego. Nawet sadzone w równych rzędach młode zagajniki nie tracą tego uroku, a i też jak w bajce, nie zawsze czarującego - czasem błyskające światło w przecinkach przypomina złowrogie oczy troli.
   Niewiele domów po drodze posiada dekoracje nawiązujące tematem do pielgrzymki, ale jeśli już są to naprawdę bardzo fajne,
 a niektore zdobi sama natura jak tu, tym dywanikiem ze stokrotek.
Droga pnie się i opada i znów pnie się po wzgórzach,
   Spoceni, już zmęczeni, docieramy do Monte Gozo. Stoi tu ( moim zdaniem paskudny) pomnik upamiętniający zarówno wizytę Jana Pawła II w 1989 roku, jak i pielgrzymkę Św. Franciszka z Asyżu w XIII wieku.
Przy kaplicy Św. Marka
stemplujemy credencjały.
Na drodze się "zagęszcza".
Robimy dłuższy odpoczynek na pobliskiej łące.
Z dumą przeglądamy pieczątki w naszych pielgrzymich paszportach. Owszem, tylko 112 km, ale zawsze to jakieś osiągnięcie.
Ze zdumieniem obchodzimy kwitnące owocowe drzewka - toż to druga połowa września, a do Galicji powtórnie w tym roku zawitała wiosna!
Jan ustawia się do zdjęcia,
ale po mojej uwadze:
" Wyglądasz jak Duce, a nie jak pielgrzym", 
szybko zmienia pozycję na bardziej mu naturalną.
i zostawiamy cztery kamyki: dwa zabrane sprzed domu, a dwa z polskich cmentarzy znalezione przy grobach naszych bliskich.
      Schodząc ze wzniesienia, z którego po raz pierwszy rozciąga się widok na Santiago de Compostella,
mijamy prawdziwą granicę miasta.
Nareszcie!!! Ale i niestety - bo stare miasto, a zatem katedra i nasz hotel położone są na wzgórzu. Piąć się tam trzeba pod ostrym kątem w górę. 
W połowie drogi przysiadamy wprost na chodniku i wyciągamy kanapki przygotowane jeszcze w pensjonacie w Lavacolli. Krótka przerwa niewiele pomaga. Mam wrażenie, że moje płuca zamieniły się w organy: świszczę, dyszę, pieję przy każdym oddechu.
 "Może wziąść taksówkę" przychodzi do głowy myśl. Odrzucam jednak pokusę, skoro tyle przeszłam to i z ostatnimi kilometrami sobie poradzę. Jednak nim dochodzimy do placu katedralnego musimy jeszcze trzy razy zrobić przerwę na odpoczynek. 
Wreszcie docieramy do celu.
W bramie prowadzącej na główny plac przed katedrą stoi słynny kobziarz. 
Wrzucam mu do puszki dwa eurasie, no bo jednak jest jakąś kultową osobą, ale szczerze mówiąc przyłączam się do opinii innych blogerów - jego muzyka szybko irytuje. Może sprawia to po prostu zmęczenie
     Marzenie od wielu lat spełnia się - stoję przed katedrą w Santiago de Compostella.
 Pielgrzymi wokół mnie ściskają się w uniesieniu, całują, w wielu oczach błyszczą łzy. Mnie też chce się płakać, ale bardziej ze złości, z żalu, że nikt mnie nie obejmuje, nie wyciska na moim policzku entuzjastycznego buziaka. Stoję przed światynią sama jak palec. Bidulka, bo Jan podekscytowany, rozgorączkowany, biega po placu filmując każdy chyba kamień, jakby zupełnie zapominając o moim istnieniu. Ma naprawdę ogromne szczęście, że w takim miejscu nie wypada się kłócić.
No nic, idziemy po compostelkę, ale biuro parafialne zapchane jest pielgrzymami po brzegi. Portier podpowiada, aby przyjść wcześnie rano, podobno kolejka będie o wiele mniejsza. 

Nasz hotel mieści się niemalże w sercu miasta.
Bierzemy szybki prysznic i idziemy na kolację.
Jest jeszcze wcześnie więc zaglądamy do katedry na mały rekonesans.
   Santiago jest uroczym miastem
grzechem byłoby choć na chwilę nie przysiąść na tarasie. 
Zamawiamy specjalności regionu - likier kawowy i orujo. Niestety, nie jesteśmy takimi twardzielami, aby "golnąć" te 50 % napitki "na żywca". Maczamy tylko jęzorki dla poznania smaku, a resztę miksuję z colą.
Po powrocie do hotelu, znużeni bardzo, ale i bardzo szczęśliwi padamy na krzesełka na naszym balkonie.
Na stole lądują smakołyki z pobliskiego supermarketu i jako nagroda za trudy wędrówki - puchar wcale nie przechodni.

Geen opmerkingen:

Een reactie posten