20170924

CAMINO DZIEŃ 7

     Siódmego poranka na naszym Camino ociągamy się z wyjściem, bo bardzo mglisto, wilgotno, smutnawo, dopiero gorąca kawa dodaje animuszu.
Po drodze, mijając jeden z domów - zdumiewa mnie wkład pracy, którą jacyś peregnujący chuligani włożyli w pozostawienie po sobie pamiątki. Napisy są rylcem wydrapane na ścianie!
Mijamy przydrożną kapliczkę z wizerunkami nowych przyjaciół, tu też pozostawiamy fotografie Mamusi i Krzysia.
Z trawy wychylają się fioletowe kielichy krokusików, i to we wrześniu!
Przechodzimy obok małego kościółka, niestety zamkniętego na cztery spusty. Nie szkodzi, historię świątynki i legendy z nią związane, mogę sobie sama wymyśleć.
Dochodzimy do pawilonu, który otacza szeroka, kamienna ławka.
Pod dachem stoi niewielki stolik, na którym leży książka "La soledad compartida", opowiadająca o przeżyciach, przemyśleniach na Camino Waltera Flan.
Książkę można zakupić zostawiając należność na talerzyku ( w tym momencie jakże umacnia się wiara w ludzką uczciwość), można podstemplować credencial, można wpisać się do pamiątkowej księgi.
Przechodzimy tunelem, gdzie ślady pozostawili ci drudzy "nasi".
Zanurzamy się w cień eukaliptusowego lasu.
Przytulam się do pnia z nadzieją, iż zamieszkująca drzewo driada spełni moje odwieczne ! marzenie o podróży do Australii.
Smutno mi na widok kolejnego miejsca pamięci, smutno - bo dobrze wiem ile tragedii kryje się za pozostawionymi zdjęciami.
W następnej wiosce widzę w jednym z ogrodów wieżę zwieńczoną kulą. Nie pierwszy raz w Galicji takową widzę. Nie mam pojęcia ku czemu służy, gdyby ktoś mnie oświecił, byłabym wdzięczna.
Zatrzymujemy się przy restauracji O Acivro, o której wiele pozytywnych opinii przeczytałam.
Niestety ceny za wysokie na naszą kieszeń, wzdychając wyruszamy dalej.
   Przechodzimy przez wioskę O Pino, w której pyszni się na cokole piękny kogut z brązu - Galo Piñeiro, autorstwa rzeźbiarza Cándido Pazos, artysty z Composteli.

  Co roku w tej miejscowości organizowana jest Festa do Galo Pineiro ku czci tej rodzimej galicyjskiej rasy kur. Kurom tym, hodowanym na wolności nie podaje się karmy, tak że są bardziej umięśnione, a ich mięso prawie nie zawiera tłuszczu.
Przeszukałam internet, aby zdobyć przepis na autentycznego kurczaka Piñeiro i jedyne wskazówki jak go przyrządzić znalazłam na blogu cocina de mi abuelo.com .
Do przyrządzenia Galo Pineiro potrzeba: 
1 cebuli, 1 pora, 1/2 szklanki wina Albariño, 200 ml śmietany, 2 dojrzałe pomidory, 1 kg czarnych lub czerwonych winogron, oliwy z oliwek, kilku ziaren czarnego pieprzu, soli.
 Przygotowanie : 
Kawałki koguta przyrumieniamy na odrobinie oliwy z oliwek, po czym dodajemy cebulę i pokrojony por. Gdy trochę się przyrumienią dodajemy pomidora. Dusimy kilka minut i dodajemy połowę czarnych winogron i szklankę Albariño. Dodajemy trochę soli i trochę pieprzu. Zalewamy wodą i gotujemy na małym ogniu przez 30 minut. Następnie odkładamy na bok kawałki kurczaka i dodajemy do sosu śmietankę. Sos przecedzamy przez durszlak, by nie przedostały się do niego nasiona i podgrzewamy do ogniu, aby się zagęścił. Gdy zacznie gęstnieć, do sosu wkładamy kawałki koguta. Pozostawiamy na małym ogniu na 10 minut. Zdejmujemy go z ognia i odstawiamy na kilka minut. Na patelnię wlewamy trochę oliwy z oliwek, a gdy jest gorąca dodajemy resztę czarnych winogron, które podsmażamy na złoty kolor.
Podanie: 
wkładamy do talerza kawałki koguta i polewamy sosem. Z jednej strony kładziemy smażone czarne winogrona .Podajemy na gorąco - możemy podawać z gotowanym ryżem, pieczonymi lub gotowanymi ziemniakami, sałatką.

       W przydrożnych ogrodach owoce pomarańczowych drzew nawet się jeszcze nie złocą.
   Przepiękna dąbrowa, przez którą teraz wędrujemy ustępuje miejsca eukaliptusom,
ale do przetrzebienia dębów przyczynia się i ręka człowieka.
A przecież "...drzewa umierają stojąc...", a przynajmniej tak powinny. 
   Natura odpłaca ludzkim niewdzięcznikom takim pięknymi, w naturalny sposób powstałym, symbolami
taką cudną zielonością,
takimi pejzażami
Mijany słupek informuje, iż do Santiago pozostało niecałe 18 km.
Cieszyć się czy...smucić?
Im bliżej do Santiago tym ceny w przydrożnych barach rosną. Jan przynosi po szklance świeżo wyciskanego soku z pomarańczy, już za dwa euro. Marszczę się za takie zdzierstwo ( choć szczerze mówiąc to przyzwoita cena, a nawet ba! - niższa niż u nas) i idę sprawdzić w barze ile kosztuje "menu peregrino".Tak na marginesie, mój stosunek do finansów jest jakiś "maniakalno depresyjny" - potrafię oszczędzać, odmawiać sobie przyjemności tygodniami i nagle wydać wszystko bez żalu w ciągu jednego dnia. Dziś, w środku, zapominam natychmiast o celu, z jakim weszłam, bo potrawy są tak smakowicie zaprezentowane, że spontanicznie przechodzę do maniakalnej fazy, sięgam do własnych zaskórniaków i funduję Janowi i sobie sałatkę owocową. Ot,Pańcia!
Jest coraz cieplej, więc w toalecie zmieniam długie spodnie na krótkie szorty. Spodenkom w domu obcięłam nogawice, zaobrębiłam i wydawało mi się, że wyglądam w nich zjawiskowo.
Chyba żadna ze mnie Coco Chanel, gdyż na mój widok Jan, zawsze taki spokojmy, taki tolerancyjny, zawsze komplementujący mój wygląd, nagle aż syczy: "Żebyś mi te babcine galoty zaraz po przyjściu do hotelu wyrzuciła"
Z lasu wychodzimy na ścieżkę biegnącą równolegle do szosy i oddzieloną od niej siatką, w którą wplecione są krzyże z witek. Oznacza to, że znajdujemy się na wysokości lotniska, z którego za trzy dni odlecimy.
Wahałam się rano czy cieszyć się czy smucić ze względu na bliski kres wędrówki. Teraz wiem na pewno, że niedługo czeka mnie przykra chwila - pożegnanie z Camino.
Z ciężkim sercem, a zgodnie z caminowską tradycją, z leżących na poboczu gałązek uplatam krzyżyki dla Mamusi, Krzysia i rodziców Jana.
Mijamy granicę miasta
Przystajemy na chwilę przy bajecznie kolorowym stawku
Kościół obok którego przechodzimy jest pod wezwaniem San Paio - 14 letniej miejscowej dziewczynki, która porwana przez Maurów, odmówiła przejścia na islam i zmarła męczeńską śmiercią.
Piękną legendą szczyci się też Iglesia de Benaval w Lavcacolli: w średniowieczu, lokalny rabuś Juan Pouron, skazany za swe uczynki na śmierć, już stojąc pod szubienicą w trwodze zaczął wzywać pomocy Matki Boskiej: "Ven e valme!!!" ("przyjdź i ocal mnie!!!).
Najświętsza Panienka ulitowała się nad nieszczęśnikiem i zabrała skruszonego zbójcę prosto do nieba, tym samym ratując od stryczka.
   W przewodniku autor zapewnia, że w tym miejscu jesteśmy o rzut kamieniem do Lavacolli, a jednak wioska wciąż zza zakrętu nie ukazuje się. 
Pierwsze zabudowania witamy ze szczerą ulgą, jakkolwiek to nadal nie jest kres naszej dzisiejszej wędrówki.
   W napotkanym alberque nawiązujemy rozmowę z przesympatycznym Irlandczykiem. 
Sean, ze względu na wiek i zdrowie, trochę przechodzi, trochę przejeżdża taksówką część Camino, wraz z synem i córką. Dzieci zafundowały tę wycieczkę spełniając wieloletnie marzenie ojca.
Piękny gest. 
  Długi odpoczynek, miła, podnosząca na duchu rozmowa z Seanem, niestety, nie daje nam energetycznego "kopa" gdy podnosimy się z tarasowych krzesełek. Coraz wolniej wleczmy nogę za nogą. Gdy w końcu docieramy do słupka , który wieńczy tabliczka z napisem Lavacola, mamy ochotę słupek ucałować.
Nie bacząc na urodę wioski rozglądamy się na boki szukając numeru domu, w którym mieści się nasz hotel. Wreszcie odnajdujemy lokum, a wtedy okazuje się, że to tylko "recepcja", właściwa akomodacja znajduja się pół kilometra za wioską.  Słabo mi się robi na tę wiadomość, a z drugiej strony mózg przecina myśl - błyskawica:"Toż ze mnie prawie drugi Mickiewicz, bo gdyby on nie stworzył tych strof, to ja bym teraz to zrobiła:
"...Już była w ogródku, już witała się z gąską..." .
Właścicielka pensjonatu pędzi ku miejscu przeznaczenia niczym arabski rumak. My, po kilkugodzinnej wędrówce, staramy się pełzać za nią z szybkością wyścigowych karaluchów, dysząc i sapiąc, sapiąc i dysząc...
Miłe zaskoczenie, gdy docieramy na miejsce. Mamy do swojej dyspozycji obszerny apartament
z ogromną łazienką
 ogólnodostępną kuchnię, salon, jadalnię,
 duży ogród
.
Po drugiej stronie ulicy można zrobić zakupy w mini markecie. 
   Nasz pokój, rzeczywiście odpowiada zdjęciom na booking, ale... brak "propki" odpowiada relacjom na internecie... Z dumą wyciągam z plecaka zatyczki - jedna z nich doskonale zatyka wannę, zatem gdy opuszczam pokój i w zaciszu ogrodu sięgam po książkę, uśmiecham się do myśli, iż Jan w tym momencie z rozkoszą rozciąga się w kąpieli.
 Na kolację serwuję rosół z proszku z torebki i parę krakersów z pasztetem z puszki.
Siódmego poranka na naszym Camino ociągamy się z wyjściem, bo bardzo mglisto, wilgotno, smutnawo, dopiero gorąca kawa dodaje animuszu.
Po drodze, mijając jeden z domów - zdumiewa mnie wkład pracy, którą jacyś peregnujący chuligani włożyli w pozostawienie po sobie pamiątki. Napisy są rylcem wydrapane na ścianie!

20170923

CAMINO DZIEŃ 6

    Budzimy się o siódmej i wyjątkowo szybko gotowi jesteśmy do dalszej drogi. 
Tym razem jak najszybciej pragniemy opuścić to miejsce, bo jakoś nie przypada nam do gustu. 
 Niby na pierwszy rzut oka "wypasione" alberqe, bo i pokój spory i łazienka duża i w lodówce dla gości owoce na powitanie, ale....kuchnia i stołówka dla pielgrzymów niewielkie, pokoje wieloosobowe przerażająco ciasne, nasza prywatna dwójka, owszem obszerna, ale gdy korzystam z prysznica okazuje się, że i tutaj właściciel postawił na oszczędność: woda przestaje lecieć po minucie. Trzeba przycisnąć guziczek, aby znów popłynęła, a pojawia się nie po minucie, lecz po trzech. Spodziewany krótki natrysk urasta do rozmiarów długiego wydarzenia. Mokra, namydlona, co chwila w oczekiwaniu na strumień wody, czuję się jak pajac. Za 50 euro. Nie poleciłabym tego miejsca nikomu, a właścicielowi podpowiedziałbym: "Odpuść trochę. Czasem lepiej coś stracić, po to by zyskać".
 Podchodzimy pod drzwi kościoła Iglesia de Santiago - wczoraj planowaliśmy udział w mszy w tej świątyni - niestety, ulewa pokrzyżowała nasze plany. Wsuwamy między deski głównych wrót fotografie naszych Kochanych. Pewnie tak jak i szybko nadejdzie kościelny, tak i szybko zdjęcia gdzieś znikną. No cóż, rozumiem, - drzwi, nawet kościoła, to nie galeria. Jednak miło pomyśleć, że nim zdjęcia Mamusi i Krzysia wylądują w "niebycie", ileż osób patrząc na fotki przedłuży sobie o kilka chwil swoje życie.
Okrutnie mgliście, gdy wychodzimy na trasę.
     Są ludzie, którzy na wszystkim potrafią zrobić interes, nawet na wykrzywionych patykach. 
Oglądam laski i z podziwem dla pomysłowości twórcy i trochę z zazdrością, jako, iż sama należę do tego gatunku "byznesmenów", których trafnie określa holenderskie porzekadło:
 "10 przedsięwzięć - 11 katastrof".
Jednak zawracanie sobie wspominkami o "622 upadkach Bunga" niemożliwym jest, gdy, niczym paciorki różańca pod palcami, przed oczami przesuwają się widoki tak urokliwych zakątków.
    Przy tzw. "Ścianie Mądrości" w Taberna Velha zatrzymujemy się na dłużej niż planowaliśmy.
 Po przeczytaniu wzmianki o tym miejscu w przewodniku, spodziewaliśmy się oklepanych, sztampowych "złotych myśli", a tu spotyka nas miła niespodzianka: wiele ciekawych spostrzeżeń czy pytań - poważnych jak np. "Czy nauka przynosi nam wybawienie czy prowadzi do samozagłady?"", niektóre - z przymrużeniem oka: "Gdyby Jezus powrócił, to byłby baptystą, katolikiem czy grekokatolikiem?"
Dalej na trasie ktoś natchniony "Ścianą Mądrości" dzieli się i własną myślą przewodnią:"Spójrz na zegarek, co wskazuje? że czas na przytulanie"
Mijamy ogromny horreros
i przysiadamy na śniadanie w Casa Calzada. Jest to pierwsze otwarte albergue, które napotykamy po wyjściu z Arzui. Jan ustawia się w ogromniastej kolejce do toalety, a ja zamawiam kanapki i kawę. Kawiarnie mijają krowy - kroczą tak dostojnie, powoli, z dygnitarską powagą, że nie ośmieliłabym się nazwać tej naprawdę sporej gromady stadem. Bardziej pasowałoby miano orszak. 
Nie tylko ja jestem pod wrażeniem. Jakiś dowcipniś krzyczy w ich stronę: 
"Buon Camino!" 
Cały taras wybucha śmiechem.
Równie dumny jak krowy kogut pięknie pozuje, najpierw mnie do zdjęcia,
potem Janowi do kamery.
Pogoda dziś jak marzenie, droga prosta, piękna, idzie się radośnie, w zachwycie.
Być może dlatego szybko dochodzimy do niewielkiej osady Calle, gdzie w kultowym barze Casa Tia Dolores można skosztować piwa warzonego specjalnie z myślą o pielgrzymach. 
Do piwa barman dodaje białego markera, którym należy napisać na pustej już butelce swoje imię, wyznać swe marzenie i zostawić flaszkę ku pamięci na murku.
Podobno piwo jest przepyszne, ale nie kusimy się na degustację, jako iż pół godziny temu opuściliśmy Casa Calzada, poza tym, na wypisanie moich marzeń nie starczyłoby miejsca na flaszce.

 Zgodnie z obietnicą złożoną koledze z pracy, Jan fotografuje wszystkie krowy napotykane po drodze.
Mnie zachwycają figi rosnące w przydrożnych ogrodach - pierwszy raz widzę te drzewa owocujące w naturze.
No i te nie krzaczki, a krzewy błękitnych hortensji! Bajkowe!
A ten domek, nowoczesny a nawiązujący do tradycyjnego budownictwa w Galicji, czyż nie przepiękny..?
I w jakże niezwykły sposób wyrosła gałąź tego drzewa....
Naprawdę, interesujących widoków multum na drodze
Pogoda jest prze,przecudowna, idealna do przysiedzenia na kawiarnianym tarasie, toteż dochodząc do następnego baru bez namysłu zajmujemy stolik.
 I ja, zainspirowana "Ścianą Mądrości" mogę teraz dodać własne spostrzeżenie: 
"Spójrz na zegarek! Czas na dolce far niente (słodkie nieróbstwo)!"



Przy sąsiednim stoliku, jakiś pielgrzym z apetytem zajada się potrawą przypominającą z wyglądu naszą "fasolkę po bretońsku".
słoje z peklowanym mięsem zajmują wszystkie półki, wieprzowy, wędzony udziec jest akurat "oprawiany" przez właścicielkę baru.
Ściany udekorowane są obrazami w stylu "czisty Leonardo",
przedstawiającymi sceny myśliwskie. 
 Jej! nie znam nazwy tego baru, ale myślę, że przed bramą wejściową powinien być umieszczony szyld z ostrzeżeniem: 
"Tylko dla mięsożerców!!!
W dodatku szynka pachnie tak rozkosznie, i to wcale nie uciszając, a podnosząc falę wyrzutów sumienia. Nie tłumię poczucia winy, z pełną świadomością moralnego upadku zamawiam nie tylko porcję fasolki, ale i 10 dkg "jambonu" zapakowanego na wynos. 
Podjadając po drodze, podziwiamy niezwykłe kaktusy,
żywopłoty z błękitnych hortensji,
ciekawą reklamę
Przystajemy na chwilę przy tablicy upamiętniającej Giuliermo Watt, angielskiego pilegrzyma, który wyruszy na Camino w wieku 69 lat. Niestety, w tym właśnie miejscu, gdzie teraz stoimy, zmarł na atak serca, dzień przed planowanym zakończeniem pielgrzymki w Santiago.
Wielu pątników, podobnie jak my, zostawia w tym miejscu zdjęcia swoich Drogich Zmarłych.
Szczególnie wzrusza nas list małego Dennisa Huijskes'a adresowany do jego mamy, w którym chłopiec z dziecięcą szczerością przyznaje :"...niekiedy łobuzuję, a niekiedy jestem ogromnie, ogromnie milutki..." Mamie jego, pewnie rozpływało się serce z miłości, już na sam widok tego mnóstwa serduszek. Niestety, autor listu zmarł w wieku 21 lat. 
W 2017 roku Alex Huijskes, zapewne tata Dennisa, przyniósł tę słodką karteczkę aż tutaj.
Przechodzimy przez kasztanowy gaj
i robimy małą przerwę. Toć to druga połowa września, a upał czerwcowy! Trzeba trochę i nacieszyć się słońcem, nim znów zanurzymy się w cień lasu.
Dzisiejszą wędrówkę kończymy w albergue "O Brea". 
Fajny pokój,
przestronny wewnętrzny dziedziniec, cisza, spokój. Na tarasie zjadamy z apetytem obiad, min. papryczki po piemońsku - tradycyjną galicyjską potrawę. 
      Z czym kojarzy się pielgrzymka do Santiago, jakie nadzieje budzi, jakie oczekiwania ? Myślę, że większość turystów czy pątników ( kiedyś także i ja ) spodziewa się, iż każda nowa znajomość, każde pozdrowienie "Buon Camino" zaowocują taką przyjaźnią na całe życie, że każdy napotkany pielgrzym spełni rolę psychoterapeuty, że pełne refleksji myśli na samotnie pokonanych odcinkach przyniosą ulgę, catharsis, szczęście, że na placu w Santiago rozpocznie się pierwszy dzień nowego, udanego życia.
W moim przypadku jest akurat odwrotnie, a i muszę przyznać, że i z własnej winy. Dotychczas, za najpięknieszy aspekt podróży uznawałam poznanie nowych ludzi. I to jakich wspaniałych! 
Z niektórymi osbami, dzięki społecznościowym mediom przyjaźnię się do dziś. 
Tym razem, od samego początku peregrynowania, nie odczuwam żadnej potrzeby kontaktu z innymi. Co gorsza, patrzę z zazdrością, na mijające nas, wspólnie pielgrzymujące rodziny, na samotnych etapach nie rozgrzeszam się z lekkim sercem z dotychczasowgo życia, tylko popłakuję z żalu za tymi, których już nie ma...
Moi nowi przyjaciele na Camino to duchy zmarłych. Ich buzie, uwiecznione na fotografiach za życia, witają mnie każdego dnia, na różnych odcinkach Drogi. Za najbliższą sercu uważam Katie, pewnie dlatego, że i sama przeszłam i depresję i agorafobię, i uwagi niektórych "przyjaciół": .".jesteś słaba psychicznie", "masz żółte papiery"...Na szczęście, w moich trudnych mometach miałam podporę w osobie Jana ( z wykształcenia psychologa), który tłumaczył mi:" Osłabiony fizycznie organizm łatwo łapie infekcje, np. katar. Gdy wali Ci się na głowę seria nieszczęść reagujesz stresem. Stres, depresja, to NORMALNA reakcja organizmu na NIENORMALNĄ sytuację."
    Dziś jednak oboje odczuwamy silną potrzebę kontaktu z żywymi ludźmi. Niestety, taras do późnego wieczora pozostaje pusty, chyba jesteśmy jedynymi gośćmi tego alberque.
Schodzimy na drinka do baru pełnego lokalnych klientów.
Spotyka nas rozczarowanie - każdy gość albo wpatrzony jest w ekran telewizora, na którym prezentowana jest relacja z jakiegoś meczu piłki nożnej, albo w ekran laptopa na którym można sprawdzić wyniki z rozgrywek hiszpańskiej ligii.
Poza tym, jestem jedyną kobietą w lokalu, więc ten brak jakiejkolwiek uwagi irytuje podwójnie. Wracam do pokoju z sercem przepełnionym pogardą: "Gdzież tym tutejszym Hiszpanom do naszych galicyjskich Kozaków".