20170618

DOJAZD DO TRUSKAWCA, CZYLI DROGA PRZEZ MĘKĘ

  Wsiadamy do autobusu do Truskawca, ale niestety, zła passa wciąż się utrzymuje. I kierowca, i jego stali klienci i dosiadający się nowi pasażerowie - każdy, ale to naprawdę każdy, patrzy na nas z niechęcią, niektórzy nawet wręcz z nienawiścią. Żaden pozytywny gest z naszej strony, czyli - uśmiechy, zagadywania, częstowanie czekoladkami, nic, ale to nic nie gasi antypatii. 






Po kilku godzinach jazdy, gdy przyjeżdżamy do Stryja, pytam kierowcę czy najpierw dojedziemy do Truskawca czy do Dobrohuska ( końcowej stacji tego autobusowego rejsu). Z jakimż wrednym zadowoleniem odpowiada, iż podróż zakończymy w Truskawcu ( czyli 2 godziny później, niż zapowiadano), z jakimże złośliwym triumfem patrzą na nas jego kolesie. Mam już tak serdecznie dosyć tej niemiłej atmosfery, że dogaduję się z taksówkarzem, który dowiezie nas do Truskawca (jakkolwiek cena tej podwózki czterokrotnie przekracza cenę biletu autobusowego). Ubytek w portfelu rekompensuje satysfakcja na widok miny i kierowcy i jego "sojuszników" (tzn. większości współpasażerów), gdy oznajmiamy o rezygnacji z dalszej podróży tym autobusem.

Pensjonat w Truskawcu przekracza nasze oczekiwania,



zresztą jak i całe miasteczko. Prześlicznie! Przechadzka po centrum Truskawca, kolacja, zakupy w pobliskim supermarkecie a potem najmilsze omawianie minionego dnia na balkonie. 



 


20170617

ODESSA

  Odessa, nasza perełeczka...! 


 Zostawiamy bagaże w dworcowej przechowalni i siadamy w pierwszej lepszej kawiarni. 
Obsługujący nas kelner, czarujący młody człowiek, najpierw ignoruje moje zamówienie w języku rosyjskim i przechodzi na angielski, a przynosząc kawę i kanapki pyta, wręcz z desperacją w głosie:
"Drodzy Państwo, powiedzcie szczerze, ale naprawdę szczerze, czy ja wciąż mam ten okropny ruski akcent mówiąc do was po angielsku?"
 Zdumieni i mocno rozbawieni odpowiadamy NAPRAWDĘ szczerze:
"Masz doskonały akcent. Nie ma powodu do niepokoju, nikt nie domyśliłby się, iż pochodzisz z Wschodniej Europy." 
W odpowiedzi.. Ach! Chłopak byłby gwiazdą w niemym kinie - te sugestywne gesty: przyciśnięcie rąk do piersi, wzniesienie oczu ku niebu w bezgranicznej wdzięczności, ten wielki wdech i jeszcze większy wydech z ogromną ulgą...  Bez słów, bez deklaracji, wiemy! - zostaliśmy jego przyjaciółmi na całe życie. Niestety, nie jest właścicielem baru, więc jego sympatia do nas nie ma wpływu na wysokość rachunku. A Odessa tania nie jest, ale zważywszy, iż należy do puli naszych ukochanych miast - wybaczamy.
Idąc w stronę portu natrafiamy na zakończenie maratonu dziecięcego. 




Oczywiście mali sportowcy nie przebiegają 42 kilometrów - w zależności od wieku dzieci muszą pokonać dystans 42, 100, 200 lub 420 metrów. 
Do naszej kamery uśmiecha się szeroko  jeden z odeskich zuchów z dumą prezentując złoty medal. 


Nie wiemy do jakiej kategorii wiekowej należy, ale to nieistotne. W biegu bierze udział 500 dzieci - samo uczestniczenie w tym wydarzeniu sportowym to już ogromna prezentacja. 
Przy okazji, tak na marginesie, pochwalę się, iż jeden z moich kuzynów kilkakrotnie brał udział i to na całej wymaganej trasie ( 42 km), w maratonach w różnych europejskich miastach.
 Imprezie towarzyszy koncert, chyba miejscowych, artystów nie najwyższej klasy (i to eufemizm), zatem opuszczamy okolice portu.




Miasto niewiele zmieniło się od czasu naszej ostatniej wizyty, niektóre rzeczy wciąż paskudne,

 



niektóre się pogorszyły.


Jednak, mimo tych dosłownych uszczerbków, Odessa wciąż zachwyca pięknem architektury, gracją zabudowy, wiekową, czule pielęgnowaną roślinnością, kosmopolityczną atmosferą, otwartymi serdecznie na nowe kontakty mieszkańcami.









Spacerując ulicami miasta najpierw przysiadamy w bistro na wspaniałe plemieni w rosole,

 


a potem na deser wstępujemy do klimatycznego baru "Malinka" ( a maliny uwielbiam) z zgodnymi do nazwy słodkościami w menu,. Och, jak dobrze, że nie mieszkam w pobliżu, bo byłabym gruba jak beka. Och, jak źle, bo omijałyby mnie szerokim łukiem wszelkie przeziębienia.
Jednakże najbardziej zauroczeni jesteśmy obsługą: cóż za uprzejmość, serdeczność, klasa! 
Wracamy na dworzec wciąż zakochani i w Odessie i w Odessyjczykach. 


Wczesnym wieczorem opuszczamy miasto i bajka się kończy. Dalsza podróż, już na zachód, to po prostu koszmar. Jeszcze jako tako dojeżdżamy do Winnicy, gdzie musimy przesiąść się około północy do pociągu do Iwanofrankowska.
 Pociąg spóźnia się prawie dwie godziny. 
Na dworcu, i kasy i punkty informacji zamknięte, na peronie nikt z współpasażerów nic nie wie, każdy zirytowany prycha i fuka. 
Ale to jeszcze nic, gdyż kiedy pociąg w końcu nadjeżdża okazuje się, że nasz wagon to po prostu sauna! Ach, jaki wrzask się podnosi, gdy próbuję uchylić okno, z jakim potępieniem patrzy się na nas za ten zakus.
 Ukraińcy, podobnie jak Rosjanie, zdają się wierzyć w czarną magię świeżego powietrza, gdzie jego swobodny i dobroczynny wpływ na zdrowie człowieka jest spostrzegany jako dekadencki wymysł Zachodu. Bo w rzeczywistości (wg. nich), przeciąg jest przyczyną śmiertelnych chorób. 
 Jan, mądrzejszy ode mnie, szybko się poddaje, zwija w kłębek i próbuje mimo duchoty zasnąć. Sama "walczę"  jeszcze parę chwil, ale prędko dochodzę do wniosku, iż jest to bitwa z wiatrakami. Umęczeni zaudchem, upałem dojeżdżamy nad ranem do Iwanofrankowska.


20170616

ZAPOROŻE

         Rankiem Gienadij zawozi nas na dworzec, skąd wyruszamy do Zaporoża. Jedziemy drugą klasą - ot, jakie burżuje i to za całe osiem euro! 
Jan od razu korzysta z wygodnego siedziska
 sama podziwiam rozlewiska Dniepru.
Późnym popołudniem dojeżdżamy do Zaporoża, a taksówka podwozi nas pod nasz hostel położony niedaleko głównej arterii miasta, które...przygnębia brzydotą. Smaczna kolacja w pobliskim barze i buteleczka "Chlibnego Daru" poprawiają nastrój. 
Rankiem zostawiamy bagaże na dworcu i jedziemy na wyspę Chortycę.
 Przede wszystkim rzuca się w oczy widok zapory na Dnieprze.
Zwiedzamy zrekonstruowany obóz kozacki - Sicz Zaporoską.
   Przy wyjściu sympatyczny chłopak zaprasza na sesję zdjęciową w strojach ukraińskich. Nie musi namawiać... 




Za bramą wyjściową czekamy na umówioną taksówkę. Szofer wioząc nas na Chortycę obiecał po dwóch godzinach powrócić i podrzucić na dworzec. Nie zdarł skóry, więc zgodziliśmy się. 
Teraz oczekując pojazdu rozmawiamy ze strażnikami muzeum. Słysząc, że przyjechaliśmy z Holandii doradzają, aby zwiedzić miejscowy cmentarz, na którym pochowani są min. osadnicy z Holandii z XVIII wieku. Jeden z nich dodaje:
 "Pamiętam nawet nazwisko na jednym z grobów - Carlas". 
"Co!?" - Prawie przysiadam ze zdumienia. - "Toż to panieńskie nazwisko mojej teściowej!"
 Odwracam się w stronę Jana i dramatycznie przyciskając dłoń do piersi wykrzykuję :
" Na tej wyspie pochowany jest ktoś z twojej rodziny!"
Panowie rozumieją znaczenie słówka "familie", wybuchają śmiechem widząc moje podekscytowanie. W tym momencie podjeżdża nasze taksi. Strażnicy wyjaśniają kierowcy jak ma dojechać na cmentarz, mam jednak wrażenie, że te informacje jednym uchem mu wpadają, a drugim wypadają.
 Nie mylę się, szofer kluczy, zawraca, niby szuka, niby się stara, ale nikogo dalej o drogę nie pyta, jest coraz bardziej zirytowany, tłumaczy się brakiem czasu, zrezygnowana proszę aby zawiózł nas nad przystań rzeczną. Tu mamy więcej szczęścia - za pięć minut odpływa statek pasażerski oferujący wycieczkę po Dnieprze.
Strzał w dziesiątkę! Co za widoki! Od tej chwili wspominać będę Zaporoże jako jeden z najpiękniejszych zakątków Europy.

 












Na samym statku też atrakcje - przede wszystkim z głośników całkiem wyraźnie rozbrzmiewa głos przewodniczki opisującej mijane miejsca, ich historię, geologię, legendy, plany na przyszłość.
 Dzieciaki mogą zostać umalowane przez prawdziwą artystkę,


a dorośli skorzystać z pokładowego barku. Do tego ostatniego, oczywiście zaglądamy i my. 
 Znakomity koniak, miłe towarzystwo, ech, aż się nie chce wysiadać...


Po dwóch godzinach laba się kończy.
 Wracamy w pobliże dworca i ostatnią godzinę przed odjazdem do Odessy spędzamy na tarasie, gdzie mimo, iż jesteśmy jedynymi gośćmi wcale nie czujemy się samotni.

 




                Naszą sasiadką w plackarcie jest młoda Rosjanka podróżująca z kilkuletnią córeczką. Jedzie do Odessy na jakiś zjazd czy kongres alternatywnych sposobów leczenia chorób. 
Z początku odnosimy się do niej nieco nieufnie, gdyż nierzadko zdarzało się, że Ci "alternatywni", w miejsce spodziewanej super, super tolerancji okazywali ortodoksyjną nienawiść do każdego myślącego inaczej i potrafili naprawdę mocno zranić słowem. Tu jednak nasze uprzedzenia możemy wyrzucić do kosza, dziewczę jest kryształowego charakteru, przemiła, nawet superfood ciasteczka, którymi częstuje to nie super-zdrowe-świństwa, a pyszne słodycze.
 Jej córeczka jest przeuroczym dzieciaczkiem, więcej obaw wzbudza we mnie rodzeństwo, 10-letni chłopczyk i jego dwu-trzy lata młodsza siostrzyczka, dzieci naszej konduktorki. Przypominają "Kalipsiaków", czyli mnie i mojego brata z czasów dzieciństwa, zatem niepokój uzasadniony. 
Są wakacje, pani nie ma z kim zostawić dzieci, więc po prostu zabiera je do pracy i to jak widać nie pierwszy raz, bo jej pociechy czują się w wagonie jak drudzy po Bogu ( mama oczywiście jest tą pierwszą). Są hałaśliwe, troszkę brutalne, patrzę na nie jednak z pewnym rozrzewnieniem. 
Obdarzam wszystkie dzieciaki balonami - zawsze na wycieczkach wozimy paczkę baloników, bo nic nie ważą, nie zajmują w plecakach miejsca, a zawsze dzieci cieszą ( no i je zajmują, co oznacza święty spokój). Nim zaśniemy podziwiamy kolejny cudowny zachód słońca nad rzeką.
















20170614

WYCIECZKA NAD SŁONE JEZIORA

      "Czy wszyscy mają plastikowe podkładki na siedzenia?" wrzeszczy przewodnik. "Bo z zasolonymi tyłkami napewno do tego autobusu nie wsiądziecie!" 
Siedzimy w pierwszym rzędzie, zatem nie wiem jak reagują nasi współtowarzysze wycieczki, ale cisza za mną świadczy, iż czują się trochę zastraszeni. Szczerze mówiąc, ja też. Jedyną osobą, która całkiem spokojnie przygląda się z okna monotonnemu pustkowiu, jest Jan nie znający rosyjskiego.
Wczoraj wykupiliśmy wycieczkę objazdową na jeziora o leczniczych właściwościach. Pierwszym z nich jest różowe Jezioro Lemurskie we wsi Grigoriewka.
 Jezioro, porównywane ze względu na stopień zasolenia do Morza Martwego, jest malutkie i płytkie, toteż woda jest rozkosznie nagrzana, ciężko z niej wyjść, bo i jakże można w niej poharcować. Rzeczywiście unosi ciało w górę bez żadnego wysiłku z mojej strony. Raz po raz próbuję przekręcić się na brzuch, ale za każdym podejściem woda przewraca mnie na plecy.
 Przewodnik nie żartował, przy wsiadaniu do autobusu trzeba zaprezentować  plastikowe torebki dla ochrony siedzisk - podobno ściekająca z kostiumów kąpielowych, silnie zasolona, woda niszczy obicia foteli.
 Następny postój jest niedaleko miejscowości Strelkowoje przy Arabatskich termach - dwóch zbiornikach wodnych; w jednym z nich temperatura wody wynosi 76 st.C, w drugim 46 st.C. 
O ich właściwościach leczniczych przewodnik opowiada takie wręcz bajki, że czekam tylko gdy zacznie zapewniać, iż po zanurzeniu się nawet amputowane kończyny odrastają. Moi współpasażerowie słuchają jednak z rozszerzonymi otuchą, nadzieją oczami... no cóż przy takiej opiece zdrowotnej jak na Ukrainie to już tylko pozostaje w cuda wierzyć. Jakieś ziarnko prawdy musi tkwić w tych opowieściach, bo tuż przy jeziorkach niemiecki lekarz wybudował i prowadzi bajecznie drogą, luksusową klinikę. Albo, po prostu, też potrafi pięknie opowiadać... 
Gromada ludzi, korzysta z dobrodziejstw akwenu, niektórzy brodzą, niektórzy stoją w wodzie po pas, niektórzy zanurzeni są po szyję. Sądząc, że doszliśmy najpierw do tego "chłodniejszego" jeziorka śmiało wkraczam do wody i... natychmiast z dzikim wrzaskiem z niej wyskakuję. Dwóch, cierpliwie stojących po kostki w wodzie, sześcio - siedmioletnich chłopców patrzy na mnie jak na wioskowego głupka. Sama też obrzucam ich zdumionym spojrzeniem - czy to mutanty? Truchleję i na widok mego męża stojącego, tak do połowy łydek w tym prawie wrzątku. 
"Wyłaź!" krzyczę " bo ugotujesz się żywcem !".
 Jan tylko wzrusza ramionami, dodając: "Ach! Można wytrzymać".
 "...Można wytrzymać..."...??? Przewodnik przestrzegał, aby na pierwszy raz nie korzystać z kąpieli dłużej niż pięć minut. Och! mówił o pięciu minutach, a mnie nie udaje się nawet na pięć sekund zamoczyć podeszew stóp ( a próbowałam kilka razy). Patrzę na dzieciaki, na Jana, na babkę, u której bez żadnych oznak bólu tylko głowa wystaje nad powierzchnię kipieli i straszna myśl przychodzi mi do głowy: "A może to ja jestem mutantem..."
w następnym zbiorniku ( oba akweny są takie plus minus kwadratowe, więc z trudem nazywam je jeziorkami), temperatura wody wynosi 46-47 st. C.
Brodzę tam z łatwością, ale i z niechęcią, bo wciąż woda wydaje mi się zbyt gorąca. 
Dopiero na prawdziwej plaży
raźno wskakuję do morza, mimo, iż tuż przy brzegu tarasują przejście wodorosty do złudzenia przypominające moczarkę kanadyjską. 
Jak rozkosznie! Może dlatego, że temperatura wody jest cieplejsza niż w Geniczewsku, może dlatego, że nie muszę się zmuszać do zdrowotnościowych kąpieli, może datego, że jesteśmy na Arbatce biegnącej równolegle wzdłuż azowskiego wybrzeża, zatem i wybrzeża mojego ukochanego Krymu. Pluskam się tak długo, jak przyzwoitość nakazuje, a może egoistycznie i dłużej. W naszym przypadku, kąpiący nurza się nie tylko w falach, ale i wyrzutach sumienia, bo zawsze któreś z nas zostaje przy bagażach ( tzn. pilnując kamery). Oczywiście nie chodzi tu o wartość materialną aparatu, ale o wspomnienia. Dlatego i kamery i apartu fotograficznego zawsze pilnujemy ja oka w głowie, bo przyjemność podróżowania dzielimy na trzy etapy. Pierwszą przyjemnością jest przygotowanie się do wyjazdu, a i ta dzieli się raz na praktyczną, czyli szukanie niedrogich lotów, hoteli, możliwości przemieszczania się na miejscu, a dwa na przygotowania radosne, czyli czytanie przewodników, blogów, przeszukiwania podróżniczych forum, oglądanie reportaży na youtube, słuchanie regionalnej muzyki, ćwiczenie lokalnych tańców. Drugim przyczynkiem do szczęścia jest oczywiście sama podróż, ale najdłużej trwającą uciechą są wspomnienia. 
    Wracając do autobusu napotykamy kram, przy którym zatrzymują się wszyscy nasi towarzysze podróży.
Sprzedającemu trudno szybko obsłużyć w pojedynkę taką gromadę, formuje się spora kolejka. Sama nie potrafię się przekonać do smaku suszonej, mocno solonej ryby, i niestety, gdy docieramy do naszego pojazdu gniewne uwagi, żale szofera na temat spóźnialskich pasażerów, jakkolwiek kierowane nie pod moim adresem, ale wylewane są na moją głowę. Kowal ukradł, Cygana powiesili... 
      Ostatnim punktem programu dzisiejszej wycieczki są słone zbiorniki wodne w Priozernoje, z których w sowieckich czasach pozyskiwano sól dla niemalże całego Sojuza. 
Różowy kolor woda zawdzięcza mikroaldze Dunaliella, żyjącej w akwenach o wysokim stężeniu soli. Barwa jeziora zmienia się w zależności od pory dnia. Teraz chyli się ku wieczorowi, więc mamy doskonałe światło do robienia zdjęć.
Po kolacji idziemy na krótki spacer po pustej plaży,
po czym zasiadamy na tarasie z widokiem na morze. Uśmiechamy się do rodzinki przy sąsiednim stoliku - mamy, taty i sześcioletniej dziewczynki. Rodzice dziecka nie reagują na nasz uśmiech, malutka też nie i co gorsza patrzy na nas ze zdziwieniem graniczącym z przerażeniem.
 "No cóż" myślę "codziennie nie słyszy niderlandzkiego". 
Kelnerka pojawia się dwa razy - raz przyjmując zamówienie od młodej rodzinki, drugi raz podając im ich obstalunek. Nasze wołanie, pstrykanie palcami, klaskanie, nie, nic nie pomaga, dziewczyna opuszcza taras, jakbyśmy stali się niewidzialni. Przykro mi, jest to trochę upokarzające, aby ukryć łzy napływające do oczu odwracam głowę w kierunku morza. Zapada zmrok, na plaży jest pustawo, w oddali grupa młodzieży rozpaliła ognisko - przypomina to pierwsze kadry z filmu "Szczęki".
 Mimo dobiegających z barów dźwięków muzyki, ślicznie liliowo - różowo ciemniejącego nieba, śmiechów przechodzącej młodzieży, łagodnego poszumu fal, wydaje mi się jakby czaiło się nad nami coś upiornego, coś apokaliptycznego. Nawet ciepły powiew znad wody wywołuje u mnie zimny dreszcz.
 W tej samej chwili Jan nachyla się ku mnie:
"Asia, nie uważasz, że to dziwne - jest jak w filmie "Szósty zmysł", nikt nas nie spostrzega oprócz tego dziecka, a i ona spogląda na nas taka blada, w jej oczach prawie można wyczytać:
"...widzę nieżywych ludzi na jawie, chodzą jak normalni ludzie, widzą tylko to co chcą widzieć, nie wiedzą, że są umarli..."". 
Jan oczywiście żartuje, jednak z bijącym mocno sercem łapię go za rękę szepcząc:
 "Uciekajmy stąd!"
Idziemy do kawiarenki polecanej przez Giennadija. Sympatyczna, uśmiechnięta (I och! ładna jak księżniczka!) kelnerka podaje nam kartę menu.
 Uff! wróciliśmy do świata żywych...jesteśmy rozpoznawani. 
Ceny w tym wypasionym barze nie różnią się od poprzedniego, różnica w wystroju, komforcie, a przede wszystkim w obsłudze wręcz kolosalna. Czemu nie przyszłam tu wcześniej...? 
Ano, ( cytując) gdyby głupota mogła latać, fruwałabym nad tym Geniczewskiem jak gołębica...