20150928

DROGA DO UGLICZA

     Ach! Rano...jakże miło w jadalni hostelu witani jesteśmy przez (od wczoraj) nowych przyjaciół! 
Serce mi się kruszy na miliard słodkich kawałków. A wciąż mam wyrzuty sumienia, że młodzież uregulowała wczoraj rachunek za piwo, no ale uparli się bardzo. No i jeszcze fakt, że dziś wyjeżdżamy i nie będzie okazji do rewanżu...
     Taksówka wiezie nas na dworzec autobusowy, skąd odjeżdża nasz autobus do Uglicza.
  Jeden z moich kuzynów ( a mam takich kochanych, nie trzech a pięciu Braci Budrysów) poprosił mnie o przysyłanie pocztówek z każdej miejscowości, którą odwiedzimy. 
Jan zostaje z bagażami na dworcu autobusowym, a sama idę na pocztę, aby kupić znaczek i wysłać z Moskwy obiecaną widokówkę. 
Stoją przede mną trzy osoby, liczę więc, że cała operacja nie potrwa dłużej niż dwadzieścia minut. 
Po godzinie! rezygnuję. Mam co prawda do odjazdu autobusu jeszcze 40 minut, ale domyślam się, że Jan umiera z niepokoju, a szansę na kupno znaczka też widzę zerową, jako że przy okienku wciąż tkwi ta sama pierwsza osoba. którą zastałam przez godziną. 
Tak dla jasności: pani usiłowała wysłać niewielką paczuszkę. Gdzie, co zawierała, dlaczego ważona była chyba z dwadzieścia razy przy asyście coraz to nowych urzędników, czemu pani zmuszana była do wypełniania kolejnych druczków, czy przesyłka została w końcu odprawiona - to zostanie dla mnie na zawsze tajemnicą. 
Gdybym miała talent Czechowa napisałabym nowelę "Paczka Aniuty". Czechowem nie jestem, więc "uatrakcyjniam " Janowi czekanie na autobus zżymaniem się na biurokrację, i to nie tylko rosyjską. 
Jan niby potakuje, w rzeczywistości chyba bardziej zajmuje jego uwagę typowy dla Rosji gwar dworcowy: okrzyki "Gorące pierogi!", "Zimne piwo!", "Lody!!!". skomlenie bezdomnych psiaków, wrzaski dzieciarni i upomnienia rodziców, pytania o numery autobusów, peronów, radosne powitania, sentymentalne pożegnania - cała ta swoista symfonia tak dobrze nam znana, tak kochana. 
Nieważne, wygadałam się i do autobusu wsiadam już zupełnie uspokojona.
 Wyjeżdżając z Moskwy od razu wpadamy w gigantyczny korek i choć żegna nas ogromny posąg matrioszki, to nie on przykuwa naszą uwagę. Droga rozwidla się, nasz pojazd stoi po lewej stronie sześciopasmówki, środkowa prowadzi na estakadę, prawa zawija pod wiaduktem. Normalny ( czytaj: szary, bez fantazji) kierowca, nawet gdyby pomyliłby się, to jednak trzymałby się wybranej drogi i jechałby do punktu gdzie mógłby zawrócić. Rosjanie rozumieją co oznacza słowo "watażka", a że "noblesse oblige", to i oglądamy sceny mrożące krew w żyłach. Nam i tylko nam. To zawracanie w środku drogi pod wiaduktem, to cofanie się, prawie na oślep na estakadzie, to kompletne łamanie wszelkich przepisów drogowych... a jednak do żadnej kolizji nie dochodzi...Oddycham z ulgą, gdy w końcu wydostajemy się na wolną przestrzeń. 
 Kierowca autobusu stara się nadrobić stracony na moskiewskich korkach czas i Siergiej Posad mijamy z maksymalną, przepisową szybkością, nie ma mowy, aby zrobić zdjęcie, ale i tak to co widzę przez moment, przyprawia o zawrót głowy. Miał rację nasz przyjaciel z Krymu namawiając :"Jak będziecie w Rosji koniecznie odwiedźcie to miejsce!!!" Odwiedzimy , następnym razem i to napewno! 
Sam przejazd do Uglicza jest  właściwie przeglądaniem ilustracji do rosyjskich bajek. Droga prowadzi głównie przez liściaste lasy, albo przez zachwaszczone pola, albo przez wioseczki, z których wiele powinno znaleźć się pod opieką UNESCO. Ach! Te stareńkie, urocze domki, niektóre wciąż ozdobione drewnianą, koronkową snycerką, pomalowane pastelowymi kolorami, świetnie kontrastującymi z naturalną zielenią otoczenia... Pasażerowie , którzy wsiadają czy też wysiadają z naszego pojazdu, to przeważnie ludzie wiekowi, nie mają ani sił, ani środków, by odrestaurować siedziby. Młodzi, którzy zostają "na roli", niby odnawiają, a tak naprawdę, to dewastują historyczną wartość, piękno budynków, pokrywając je tynkiem lub sidigiem. Rosjanie mogą szczycić się wyjątkową kulturą, także w dziedzinie architektury, jaka szkoda, że młodzi tego nie szanują, nie podkreślają, zamiast mitomańsko nadymać się nad militarną siłą państwa. 
   Zmierzcha się, gdy dojeżdżamy do Uglicza. Wysiadamy z autobusu jako jedni z ostatnich pasażerów. Pytam kierowcę o drogę do naszego hotelu - wg. mapy powinien znajdować się tuż, tuż.
 "Ależ moi drodzy, poczekajcie kilka minut - to mój końcowy przystanek. Zdam papiery w dyżurce i podwiozę was pod sam hotel. " 
Nie tylko miła naszym sercom i nogom propozycja, ale wręcz niegrzecznością byłoby odmówić. 
Te "kilka" minut przeradza się w kilkanaście; nieważne, bo mimo i już zmrok zapada, świadomość, że podjedziemy pod same drzwi hotelu czyni nas beztroskimi żartownisiami - czyż to nie niezwykła facjecja: backpackersi w gratis! taksówce - AUTOBUSIE!!!
 Kierowca wychodzi z dyżurki z zaczerwienioną twarzą (chyba na „Dobry wieczór” przywitano go „ochrzantusem” - ale dlaczego? Korki pod Moskwą nie z jego własnej winy, świetnie prowadził pojazd, był miły, uprzejmy dla wszystkich pasażerów ... chyba ktoś w tej dyżurce odreagował swoje smuteczki na naszym szoferze). On, z kolei miliony razy przeprasza za opóźnienie i odwozi pod do drzwi hotelu. Tylko, że nie pod drzwi naszego hotelu ... Tu, to jest okazałe 4- lub 5-gwiazdkowe miejsce dla bogatych, o którym nigdy nie myślałam, nie brałam pod uwagę, planując noc w tym mieście. Przemilczam ten fakt, w obawie, iż kierowca czułby się zobowiązany do zawiezienia nas pod właściwy adres, a przecież też ma prawo do odpoczynku, do wolnego wieczoru w gronie z rodziny.
 Ściskając w podzięce ręce naszego dobroczyńcy, staram się wcisnąć w nie namacalny materialny, odpowiednik naszej wdzięczności. Jak zwykle, strasznie trudny moment dla mnie: pudełko czekoladek lub flaszka z jakąś "dobrocią" byłyby bardziej odpowiednie. Niestety, nic pod ręką nie mam. Kierowca obrusza się: „Ależ jesteście gośćmi naszego kraju. Naszym obowiązkiem jest wam pomóc”.
   W kierunku właściwego hotelu zasuwamy szybko, pomimo zmęczenia, bo jest coraz bardziej "...ciemno, wietrznie, ponuro...", jeszcze tylko brakuje, aby gdzieniegdzie "...wrona zakrakała i puchały puchacze..." . Zaczepiam wciąż przechodniów pytając o drogę, niby rzeczywiście "tuż tuż", jednak dopiero po kwadransie skręcamy w uliczkę wiodącą nad brzeg Wołgi. 
W międzyczasie zapadła noc - nadbrzeże, rzeka, pobliskie wzniesienie zlewaja się w jedną, głęboką czerń...i nagle... to co widzimy, aż zapiera nam dech w piersiach z zachwytu: subtelna sylwetka wznoszącej się na wzgórzu cerkiewki z dyskretnie podświetlonymi kolorowymi ścianami i złocistymi kopułami, zdaje się unosić w powietrzu, niczym bajkowy latający wiatrak. Zdjęcia, niestety, nie wychodzą, film też nie oddaje urody tego szczególnego momentu, więc przystajemy na dłuższą chwilę, aby nacieszyć oko, wyryć w sercu, utrwalić w pamięci to nadzwyczajne piękno.
 Hotel "Moskwa", na który mogliśmy sobie pozwolić dzięki szczodrości naszych jubileuszowych gości ( a i tak niedrogi - 24 euro za dwójkę ze śniadaniem), okazuje się równie luksusowym jak ten, pod który podwiózł nas kierowca autobusu. Nie tylko nasz pokój jest super komfortowy - na terenie hotelu znajduje się także kryty basen, sauna, sala bilardowa, sala gimnastyczna, restauracja, gdzie... ach! tam to tylko paluszki lizać. Karta menu nieduża, co już pozytywnie świadczy o poziomie szefa kuchni - studiuję ją uważnie, przełykając ślinkę łakomczucha przy każdym opisie potrawy. Intuicja mnie nie myli, podczas kolacji unoszę się pod sufit w tej kulinarnej nirwanie. 

KOLOMENSKOJE

     Dziś wyruszamy na wycieczkę do letniej rezydencji pierwszych carów z dynastii Romanowych. Oryginalny pałac już od dawna nie istnieje - po przeniesieniu stolicy do Petersburga przez Piotra Wielkiego, rezydencja podupadła i caryca Katarzyna nakazała rozbiórkę budowli. Kompleks pałacowo-muzealny, który zamierzamy zwiedzić to wierna rekonstrukcja, ktora powstala w latach 1990- 2010, tyle, że stoi o kilometr dalej na południe od swego pierwotnego położenia ( lokalizacje zmieniono, aby oszczędzić stare dęby rosnące w miejscu, gdzie znajdował się dawniej pałac Aleksieja). 
       Kołomenskoje leży w pobliżu Kołomny - jednej z najstarszych wsi w regionie moskiewskim, zamieszkanej jeszcze przed przybyciem na te tereny Słowian; wg.odkryć archeologicznych najstarsze ślady zasiedlenia pochodzą z epoki mezolitu, a źródła pisane podają prawdopodobną datę powstania miasteczka na rok 1177. 
         Rurykowicze, od czasów panowania Wielkiego Księcia Wasylego III (1505 -1533), często bywali latem w Kołomnie, nie tylko wypoczywając, ale i nadzorując budowę min. kamiennego Kremla, cerkwii św. Jerzego, cerkwii Wniebowstąpienia; tu car - "rzeźnik" Iwan Groźny zawsze świętował swoje imieniny 29 sierpnia, tu zmarła zatruta arszenikiem jego umiłowana żona Anastazja Zacharyna. 
    Nowa dynastia Romanowów kontynuowała tradycję przenosząc do Kołomny swój dwór na letnie miesiące i w ten sposób nawiązując do ciągłości dynastycznej linii, do pokrewieństwa z prawdziwymi książętami krwi z Rusi Kijowskiej. Co prawda takie to były związki rodzinne jak koligacje brata przyjaciółki kuzyna kolegi z piłkarzem Bońkiem - dziadek Michała Romanowa był bratem pierwszej żony Iwana Groźnego, no ale jak się człowiek uprze... 
        Prawdziwy "Złoty wiek" przeżywa Kołomna za panowania drugiego cara Romanowa Aleksego.

Z początkiem wiosny do późnej jesieni władca i jego rodzina mieszkali w nowo wybudowanym pałacu Kołomenskoje, tu przyjmowano zagranicznych posłów, stąd rządzono krajem, tu rodziły się carskie dzieci.   
      Dla wygody, car Aleksiej Michajłowicz nakazał budowę drogi między Moskwą a jego letnią rezydencją we wsi Kołomna. Po wymierzeniu odległości ustawiono dla lepszej widoczności bardzo wysokie kamienie milowe. Od tego czasu wyjątkowo wyrośnięci ludzie przezywani są „Kołomnową wiorstą”. 
       Najpierw dojeżdżamy do stacji metra Kołomenskoje, przechodzimy spory kawałek na piechotę, a że od bramy wejściowej do budynku pałacu dzieli nas jeszcze ogromny dystans ( cały obszar posiadłości to 390 ha) fundujemy sobie dojazd meleksem i to z przewodnikiem. Po pańsku podjeżdżamy pod same wejście do pałacu ( wg. dworskiej etykiety jedynie car mógł zajechać konno lub karetą tuż pod drzwi, zwykli śmiertelnicy musieli od bramy frontowej

dojść piechotą). Muszę przyznać, że uroda pałacu aż zapiera dech w piersiach, nic dziwnego, że w XVII wieku nazywano tę rezydencję "ósmym cudem świata". 










     Jakkolwiek drewniany pałac Kołomenskoje miał i ma asymetryczny układ i jest właściwie składanką różnej wysokości i szerokości budynków, z których każdy ma odmienne, zielone lub złote, jakże imponujące kształtem dachy, to jednak w jakiś magiczny sposób tworzy przepiękną, wręcz baśniową całość. 
      Kompleks liczył 270 komnat (oświetlonych przez 3000 okien) i był podzielony na dwie części: męską, z pokojami cara i carewiczów, a także reprezentacyjnymi salami, oraz żeńską, dla carycy i jej córek.  
    Po wysokich schodach wchodzimy na drugie piętro - gdzie jak i dawniej tak i teraz, mieszczą się główne komnaty pałacu, jednak obecnie można zwiedzić tylko 25 sal.



 


W kasie muzeum dopytuję o sesje fotograficzną w strojach epoki. "Zgłoście się do Olgi Iwanowny" podpowiada kasjerka.   
    Olga Iwanowna to po prostu skarb nie człowiek, nie tylko prezentuje stroje, pomaga się w nie ubrać, ale i robi zdjęcia, podpowiada jak i gdzie się ustawić do najlepszego ujęcia. "Habit czyni mnichem"- napewno w moim przypadku...po założeniu ciężkich, brokatowych szat natychmiast wcielam się w rolę i nie przechodzę, lecz pewnie i wręcz władczo, kroczę dostojnie z pokoju do pokoju. "Caryca Asia, Pierwsza Tego Imienia, Pani na Rozenburgu i Olszynce, Matka Smoczątka!!!" 


      Po ściągnięciu pańskiego stroju pewność siebie pryska. Nieśmiało próbuję wcisnąć w rękę naszej przewodniczki banknot, niezdarnie tłumacząc się z tej nieeleganckiej formy podziękowania. Pani Olga pieniędzy nie chce przyjąć i ze śmiechem dodaje :" Najlepszym wyrazem wdzięczności będzie przekonanie przez was ludzi w waszym kraju, iż Moskwa ma wiele do zaoferowania w zakresie kultury i, że po ulicach nie chodzą białe niedźwiedzie." Rozbawiona , ale i mocno zdziwiona zaprzeczam temu obrazowi, zapewniam o szczerym zainteresowaniu w Europie rosyjską sztuką, na co Olga Iwanowna tylko uśmiecha się powątpiewająco i podchodzi do nowej pary zwiedzających. 
      W sali ceremonialnej po obu stronach tronu stoją dwa złote lwy. Co jakiś czas z ich nozdrzy bucha para, zielone oczy świecą złowrogo, z gardzieli wydobywa się groźny pomruk. Dla nas to badziewie, ale niegdyś musiały robić niesamowite wrażenie. Zachowały się dokumenty historyczne, które opisują oryginalne mechaniczne zabawki: 
  „ ...lwy, które jak żywe ryczały, poruszały oczami, rozwierały usta. Zrobione były z brązu, pokryte skórą barana imitującą lwia sierść... " (...) „...mechanicy, którzy wprawiali w ruch usta i oczy i wydawali lwi ryk, schowani byli w specjalnej szafie, wraz z miechami i sprężynami...". Piotr Wysocki - wynalazca urządzenia, ani nigdy nie widział żywego lwa, ani lwich skór pod ręką nie było, stąd i pokrycie zwierząt baranicą. Car Aleksy lubił takie techniczne nowinki, a i bawiło go przerażenie niczego nie spodziewających się gości. Wieść z XVII wieku o panicznej ucieczce polskich posłów na widok tych mechanicznych zwierzaków, patriotycznie traktuję jako złośliwą plotkę, taki siedemnastowieczny "fake neuws". "Nasi" niczego się nie bali! 


      Przechodzimy do jadalni, ogromnego pokoju z przepięknym piecem kaflowym


i stołami nakrytymi jak do uczty, tyle, że oczywiście na półmiskach leżą atrapy pożywienia. 






   Car nie zasiadał do posiłku w jednej ławie, ani z rodziną, ani z gośćmi - specjalnie dla niego na podwyższeniu, pod baldachimem ustawiono stół i tu podawano mu uprzednio kilkakrotnie! próbowane w obawie przed trutką dania. Gości sadzano według rangi - znaczniejsi po prawej stronie, pośledniejsi po lewej. 

  Uczty, które Aleksy wydawał 20- 30 razy do roku, trwały od sześciu do ośmiu godzin, a serwowano nawet do 200 potraw. Nie każde danie wyglądem odpowiadało smakowi. Nadworny kucharz pragnął zadziwić, zaskoczyć biesiadników, zatem np. pasztet w kształcie ryby w rzeczywistości sporządzony był z wieprzowiny, figura łabędzia zrobiona była z masy cukrowej. Ciasto nadziewano drobno posiekanym drobiem, dekorowano postaciami odpowiednich ptaków i często złocono. Nie zabrakło luksusowych potraw jak solonej bieługi czy też kawioru, a także pieczonego prosiaczka, bażantów i cietrzewi. 
  Bardzo popularnym deserem były owoce - śliwki, jabłka, gruszki, jagody, winogrona, cytryny układano w piramidy lub duszono w syropach, poza tym raczono się ciastami i marcepanami. 
  Potrawy popijano winem reńskim, miodem, piwem, kwasem chlebowym. Wódkę podawano niezwykle rzadko -w tej epoce używano jej zazwyczaj w celach leczniczych, w małych ilościach. Dbano także o higienę i komfort gości - przed ważnymi przyjęciami komnaty spryskiwano wódką anyżkową, odstraszającą pchły i owady.


  

 
       W sypialni zadziwia nas format carskiego łoża.


Przyczyną jego niewielkich rozmiarów by wysokie ciśnienie krwi, na które cierpiał Aleksy, medycy zalecili carowi, aby spał na siedząco. Ani gabaryty posłania, ani nadciśnienie, ani nawet nadmierna dewocja, z której słynął Aleksy nie przeszkodziły w spłodzeniu 16 dzieci. Pobożniś, mimo, iż sam korzystał i z uciech stołu i z uciech łoża, zabronił swoim poddanym wszelkiej radości: gry na instrumentach muzycznych ( lutnię "pokazowo" spalono na Placu Czerwonym) , urządzania i uczestniczenia w przedstawieniach teatralnych i różnych zabawach, palenia tytoniu i picia alkoholu. 
  Jednak z innego powodu władca wzbudza we mnie antypatię. Świętoszkowaty car, wręcz fanatycznie religijny i dlatego nazywany „najcichszym” , nie tylko dorosłych oponentów nowej religijnej reformy Nikona , ale i ich dzieci, nakazał karać śmiercią przez spalenie na stosie, zagłodzenie na śmierć, czy pogrzebanie żywcem. Gdzieś mu "umknęło" najważniejsze przykazanie o miłości bliźniego.                                                                                                                     W żeńskiej części pałacu zwracają uwagę okrągłe piece - swój kształt zawdzięczają trosce o bezpieczeństwo dzieci (aby nie kaleczyły się o ostre kanty).   






                                                    Już na zewnątrz, w wyznaczonym kąciku, z przyjemnością i przyznaję, z nieco złośliwą satysfakcją, wyciągam papierosy - car Michał karał palaczy obcinaniem nosów...a ja mu tak dymka pod samym oknem.... ech, czasy zmieniają się i na lepsze....   

                                                   

 

Przy pałacu stoi kościół Wniebowstąpienia, którego strzelista wieża symbolizująca wstąpienie Chrystusa do nieba, służyła także jako wieża strażnicza. Płomień lub słup dymu, widoczny z niej na moskiewskim kremlu, ostrzegał mieszkańców przed zbliżającym się wrogiem. 

                            Mnie bardziej zachwyca kościół Kazański, z pięcioma modrymi kopułami ozdobionymi gwiazdami i śnieżnobiałymi ścianami.   


                                                                                       

 

 Oglądamy jeszcze browar miodu pitnego


,                                                                                                dęby, w których cieniu uczył się młodociany Piotr I 


i jego domek przeniesiony tu z Archangielska. 

                                                                                     Gdy Jan robi mi zdjęcie przy pomniku cara, podbiega przechodząca obok dziewczyna i pozuje wraz ze mną do foty. Jej towarzyszka obrusza się na tę śmiałość, ale mnie to bawi, a fakt, że dziewczę jest rodowitą Moskwiczanką dodaje uroku zdjęciu. 

                                                           Pogoda wciąż przecudowna, więc spacer po pachnących owocami jabłoniowych sadach to czysta rozkosz. Niegdyś plony z sadów podawane były tylko na carski stół. Dziś, nowa tradycja zezwala wszystkim obywatelom na zbieranie opadłych owoców.                                                                                           Już w Moskwie wstępujemy do jednej z knajpek przy Nowym Arbacie na obiadokolację i wieczornego drinka. W palarni hostelu nawiązujemy rozmowę z gromadką młodzieży, w efekcie młodzi ludzie porywają nas na piwo (a długo się nie opieraliśmy), wracamy do swego pokoju późno w nocy i tym razem zasypiamy zaraz po przyłożeniu głowy do poduszki.                                                      

Z POWROTEM W MOSKWIE

         Rano przyjeżdżamy do Moskwy i mimo wczesnej pory meldujemy się w hostelu. 
Mamy szczęście - nasz dwuosobowy pokój jest gotowy. Jest niestety kiepski, bez okna, maciupki ( aż strach pomyśleć jakich rozmiarów musi być "jedynka")... no, ale czystych łazienek w hostelu pod dostatkiem, kuchnia i sala jadalna obszerne, poza tym śpimy naprawdę w centrum miasta. 
  Po tak długiej podróży nogi, ba! całe ciało, domaga się kilkukilometrowgo spaceru, zatem zaraz po odświeżeniu się wychodzimy do miasta. Najpierw, wstępujemy na śniadanie do najbliższego baru (mnogość, rozmaitość kawiarni, barów, restauracji, fast -foodów na ulicy Nowy Arbat, zapewni każdemu odpowiedni do jego kieszeni czy smaku posiłek). 
W drodze do metra przechodzimy przez most Nowy Arbat, gdzie postawiono niewielki pomnik upamiętajacy ofiary z 1993 roku. Cześć dla poległych wciąż żywa - o monument opierają się wieńce, obok leżą wiązanki świeżych kwiatów, palą się znicze. Tuż o krok, przytupuje jakiś młody człowiek, macha do nas, coś krzyczy. Nie wiemy o co mu chodzi, bo nieustanny sznur przejeżdżających samochodów nie tylko uniemożliwia przejście na druga stronę ulicy (zatem i pod pomnik), ale i głuszy okrzyki młodzieńca. Jan wyciąga kamerę w momencie, gdy z butelki stojącej na trotuarze, pan nalewa do kieliszka wino .
 "Jaki kulturalny"- myślę - "Zazwyczaj ci, co piją alkohol na ulicy, po prostu "ciagną z gwinta"." Okazuje się, że moja znajomość ludzkiej natury równa się zeru. "Kulturalny" człowiek zaczyna się pienić, wygraża nam pięścią, a w następnej minucie kieliszek z winem zatacza szeroki łuk i ląduje tuż przy nodze Jana.
 Zdumienie, aż zapiera nam dech w piersiach i to nie, nie z powodu agresji, tylko fakt , że to właśnie my jeteśmy jej powodem, a przecież my to my -Asia i Jan na wakacjach !!! Coś takiego nam się nie zdarza, bo ludzie, których spotykamy na naszych wyjazdach, są dla nas zawyczaj tacy mili...no cóż, taka karma... a tu burak próbuje zburzyć dawno ustalony porządek naszego Wszechświata. 
Szybko otrząsam się i rozglądam za policjantem...no i proszę!... są tuż tuż, i to aż dwa radiowozy, bo na drodze prostopadłej do Nowego Arbatu doszło do zderzenia, na szczęście niegroźnego, dwóch aut. Podchodzę aby zameldować niemiły incydent, ale dzięki niespodzianemu głosowi z Nieba, przychodzi opamiętanie: przebywamy już ponad tydzień w Rosji, a wciąż nie mamy potwierdzenia meldunku, policja może robić nam trudności, nie ma sensu ryzykować. Zawsze mnie zaskakuje mnie, ile aspektów sprawy można przeanalizować w jednej sekundzie, rozważyć wszystkie "za" i "przeciw"... 
Cudna pogoda wynagradza nam przykre zajście, a gdy dochodzimy do Placu Czerwonego
słoneczko grzeje tak mocno, że muszę ściągnąć swetr. 
W Parku Aleksandrowskim
zachwycona tym faktem, ustawiam się do zdjęcia z troszkę niepowszednią dla mnie pozą, zresztą wypatrzoną u Rosjanek, prezentując wyniuchaną w którymś  "second hand - dzie" prześliczną, moim zdaniem  bluzeczkę.
 Zazwyczaj Jan musi "cyknąć" tak z dziesięć zdjęć, abym mogła wybrać choć jedno możliwe do pokazania. Tym razem prawie wszystkie są dobre , co wprawia mnie w doskonały humor, a że dobre myśli przyciągają dobre zdarzenia to i zabytek, który koniecznie chciałam zwiedzić, wręcz przerasta moje oczekiwania. 
Przechodzimy do najstarszej dzielnicy Moskwy - Zariady, która swą nazwę zawdzięcza położeniu - tuż za dawnym rynkiem handlowym na Placu Czerwonym ("Zariady" oznacza "Za Rynkiem").
 W XVI wieku wieku bogaci kupcy i bojarowie osiedlali się tu ze względu na bliskie sąsiedztwo Kremla. W tym czasie powstało też wiele kamiennych kościołów i folwarków klasztornych, otwarty został dwór angielski i nieco później mennica. 
W tej dzielnicy, dziadek pierwszego cara z dynastii Romanowów, Michaiła Fiodorowicza, pod koniec XV wieku rozpoczął na terenie przylegającym do ulicy Warwarka budowę dworu. Według legendy głosi tu urodził się car Michaił. Cóż, długo się nie namieszkał - za panowania Borysa Godunowa wszyscy Romanowowie jako najbardziej prawdopodobni pretendenci do tronu rosyjskiego popadli w niełaskę, ojciec przyszłego cara, Fiodor Nikiticz został uwięziony, zmuszony do wstąpienia do zakonu i przybrania imienia Filaret, a jego rodzina znalazła się na wygnaniu. 
Romanowowie nigdy na swój dwór nie powrócili - po śmierci Godunowa i obwołaniu Michaiła carem, młody, szesnastoletni władca
zamieszkał na Kremlu, a dwór oddano na użytek klasztoru Znamenski. 
Budynek był kilkakrotnie przebudowywany; do dzisiejszych czasów zachowała się w swoim pierwotnym kształcie jedynie piwnica z białego kamienia;
pomimo tego, po zwiedzeniu ekspozycji w dworcowym muzeum można sobie doskonale zobrazować "szarą" egzystencje arystokracji rosyjskiej w XVI wieku, poniuchać ducha epoki. Dla mnie, historyka, którego pasją jest życie codzienne w dawnych wiekach, Dwór Romanowych, to po prostu perełka.   
       Przez szeroką bramę wchodzimy na dziedziniec,
podziwiamy zewnętrzną urodę budowli,
i następnie pniemy się po schodach do środka muzeum.
W pierwszej sali oglądamy makietę przedstawiającą dwór w jego najwcześniejszej formie.
Stoi tu też niezwykłej urody piec kaflowy.
Jeszcze ładniejszy w kantorku pana domu
Jadalnia po prostu powala na kolana
tak jak i gabinecik bojara
Wystrój pokoi głównie stanowią oryginalne przedmioty z XVII wieku. Elementy, które trzeba było odtworzyć od zera, zrekonstruowano przy użyciu starych technologii.
Najciekawszą jest kobieca część domu, do której prowadzą wyjątkowo wysokie stopnie schodów.
Ubrana w "rybaczki" i obuta w tenisówki wspinam się po nich z wysiłkiem, w czasach nowożytnych, w ciężkiej, wełnianej czy brokatowej sukni, w butach na obcasach chyba wybiłabym sobie wszystkie zęby już za pierwszym podejściem. Za to w pomieszczeniach pani domu jakie skarby....
  Wracamy na Plac Czerwony i w budynku GUM-u wjeżdżamy na ostatnie piętro, aby zjeść obiad w ponoć najlepszej "Stołowojej" ( sieć tanich jadłodalni) w Moskwie. Musi być dobra, i nie tylko my o tym słyszeliśmy, o czym świadczy długachna kolejka przed drzwiami wejściowymi. Reygnujemy i w jednym z barów obok zjadamy całkiem niezły i niedrogi posiłek.
Zachodzę też z reklamacją do sklepu, gdzie sprzedano mi telefoniczną kartę. Sprzedawca korzysta z mojej niewielkiej wiedzy technicznej w tej dziedzinie, a zatem też i z nieznajomości żargonu. Udaje mu się wcisnąć mi "lepszą" kartę za, jak zapewniał, "niewielką" opłatę, za co jednak dopłaciłam te dziesięć euro do dziś nie mam pojęcia. Najważniejsze, że dodzwaniam się w końcu do córki.
 Z Gumu wychodzimy na ulicę Nikolskaja - teraz piękny, elegancki bulwar spacerowy, gdzie do wspólnej foty zapraszają Putin, Stalin i chudziutki Lenin.
   Jestem już bardzo zmęczona, wracamy więc do hostelu i instalujemy w "palarni", tzn. na podeście między piętrami. Mimo, iż na ścianie wisi spora kartka z przekreślonym papierosem, mało kto zwraca na nią uwagę. Okno jest otwarte na oścież, a trzy popielnice na stojakach przepełnione są petami. Zaczynamy omawiać wypadki dnia i nagle mrugam oczami, bo chyba przydarza mi się jakieś optyczno- słuchowe złudzenie, omamy: podest jakby rozszerza się, lampa nagle zalewa klatke schodową ciepłym, jasnym blaskiem, muzyka brzmi coraz głośniej... i nagle, spotnanicznie wyciągam do Jana ręce w zapraszającym do tańca geście. Jan reaguje typowo po męsku, tzn. mruczy coś o szczupłości miejsca ( oczywiście "replikuję" przysłowiem o złej baletnicy) , ale chyba magia melodii i jego porywa, bo po sekundzie oboje przyginamy kolana i szuramy nogami na tych czterech kwadratowtch metrach w takt tanga. Ogarnia mnie jakieś nieprawdopodobne uczucie wręcz upojenia, takiego ...bez powodu, jak w wierszu Tuwima :"... Życie?--- Roz­prę­żę sze­ro­ko ra­mio­na (...) I krzyk­nę, ra­do­śnie krzyk­nę: - Ja­kie to szczę­ście, że krew jest czer­wo­na!..." 
Nagle na naszym pietrze zatrzymuje się winda i wytacza się z niej grupa rozbawionej młodzieży i mimo, iż natychmiast znikają za drzwiami hostelu, poszarzało, muzyka ucichła, żarówka znów oblewa przestrzeń mdłym światełkiem - pewnie na powrót nastroju nie ma co liczyć. 
Idziemy spać, niestety jedna z osób korzystających z internetowego kącika, dzieli się wrażeniami nie tylko z osobą, z którą rozmawia przez Skypa, ale zupełnie nieświadomie, i z nami. Gdy wychodzę z pokoju i proszę go o przyciszenie głosu, reaguje pozytywnie ale... ten wiele mówiący wyraz oczu:"Wapniaki! Co wy tu wśród nas młodzieży robicie?". Pewnie i ma rację, ale jest mi jednak przykro i choć dotrzymał słowa i jest cicho, zasypiam z trudem