20111120

SUDAK - NOWY ŚWIAT

Po solidnym śniadaniu maszerujemy w stronę Twierdzy Genueńskiej. Z daleka, mury obronne przypominają trochę Chiński Mur.

Rozmiary twierdzy są zaskakujące.


    Po wyjściu z twierdzy juz chcemy wracać w stronę plaży gdy w oczy wpada mi drogowskaz z napisem Nowy Swiat 6 km. W zasadzie zrezygnowałam z obejrzenia największej atrakcji tej miejscowośći -Sciezki Golicyna, gdyż droga do Nowego Swiata jest jednym z najbardziej niebezpiecznych odcinków dróg na Krymie. Ale przypomina mi się forum z  Rosja. info  i  forumowiczka Buba, która tę trasę  przeszła polną drogą. Skoro mogła przejść Buba to mogę i ja.
 Idziemy szosą wypatrując tej Bubowej polnej drogi. Jak narazie nie widać żadnej odnogi .Pobocze szosy jest bardzo wąskie, przystajemy za każdym razem gdy mijają nas, (jedak wolno jadące!), samochody. Po 40 minutach marszu jest już oczywistym fakt, iż na alternatywną drogę liczyć nie możemy, no ale skoro zaszliśmy tak daleko...
 Dzięki bryzie znad morza, nie odczuwamy specjalnie żaru lejącego się z nieba. Widoki mamy przepiękne, cyprysy pachną upajająco olejkami eterycznymi.
Mijamy opuszczone, niedokończone budowle-hotele, ale prowadzące do nich ścieżki są tak strome, że nie odważylabym się w nie zapuścić.
W pewnym momencie mija nas autobus, a ja nagle tracę równowagę i zjeżdżam na pupie po mini żlebie prosto na asfalt. Uff! dobrze że nie stało się to przed kilkoma sekundami. Na szczęście skończyło się tylko na kilku zadrapaniach.
   Po ponad dwugodzinnym marszu dochodzimy do Nowego Swiata. Z jakąż ulga zajmujemy miejsca w restautracji !!
Kelner z niedowierzaniem przyjmuje wiadomość o naszej wycieczce:"... Nigdy nie słyszałem aby ktoś przyszedł na piechotę z Sudaku do Nowego Swiata!..".
My słyszeliśmy, dzięki temu tu jesteśmy.


    Po pysznym obiadku kierujemy się w stronę Scieżki Golicyna. Zaczepia nas młody chłopak proponując dowóz motorówką na koniec trasy. Zgadzamy się, gdyż w ten sposób przejdziemy ścieżką tylko raz, nie musimy płacić wstępu , zaproponowana cena jest atrakcyjna (50 UAH od osoby), no i jest to dodatkowa frajda. Nasz "kapitan" to wodniak- Nicki Lauda :  motorówka właściwie nie płynie, ale podskakuje wysoko na falach,  po czym z ogromną siłą uderza o powierzchnię morza.
 Po kilku minutach wysiadamy na plaży szczęśliwi bo udało nam się : nie wypaść za burtę, nie przegryżć języka, nie połamać krzyży i kończyn.

Scieżka  Golicyna jest rzeczywiście niezwykle malownicza 



szkoda tylko, że nie wzieliśmy ze sobą napoju. Akurat tutaj nie ma żadnej budki, straganu, choć sezon turystyczny już się zaczął. Szczególnie  w Grocie Golicyna, gdzie pozostaly nisze na beczki wina, aż się prosi o jakis nastrojowy bar.


 Królestwo za szklankę wody!!!
Wracając, czuję jak serce we mnie zamiera ze strachu na myśl o drodze powrotnej, tym razem autobusem.
Jak na zawołanie zjawia się dobry duszek- właściciel motorówki. Dobijamy targu- za 200 hrywien zawiezie nas do Sudaku.Proszę go tylko, aby tym razem popłynął spokojniej. Podczas przejażdżki  nagle motorówka zatrzymuje się  i słyszymy radosny okrzyk :"Delfinoczki!!! Delfinoczki!!!" Rzeczywiście, nad powierzchnią ukazują sie szare grzbiety delfinów. Janowi nie udaje się sfilmować ich popisów- wypływają w coraz to innych nieoczekiwanych miejscach. Nawet nie wyciagam aparatu, taki rzadki a taki wspaniały widok, i tak zostanie na zawsze utrwalony, gdzieś, głęboko pod powieką.
W Sudaku siadamy na pierwszym lepszym tarasie przy chłodnym piwku. Muszę ochłonąć, bo wciąż jeszcze nie mogę uwierzyć szczęściu dzisiejszemu, bo: i przeszłam ścieżką Galicyna i nie musiałam umierać ze strachu w autobusie i jeszcze zobaczyłam delfiny.
Nogi trochę bolą ( trasę przeszłam w klapkach) i troszkę spiekliśmy się na słońcu. No ale to juz fraszka..!



.

20111119

WYCIECZKA STATKIEM WZDŁUŻ POŁUDNIOWEGO WYBRZEŻA

Wczesnym rankiem, o 06.30, pędzimy przez opustoszałą promendę na nadbrzeże, z którego odpływa nasz statek. Na pokład wchodzimy jako jedni z ostatnich pasażerów, zajmujemy jedyne wolne miejsca - na rufie.
Okazuje się to strzałem w dziesiątkę, nie tylko można stąd doskonale podziwiać widoki ale i można swobodniej niż w innych miejscach robić zdjęcia czy filmować.

 Uczestnicy wycieczki to głównie Ukaińcy i Rosjanie ale jest i grupa niemieckich emerytów. Na pierwszy postój zatrzymujemy się w Nikicie. Mamy dwie godziny na zwiedzenie ogrodu botanicznego. Część wycieczki, za dodatkową opłatą podjeżdża do wejścia autobusem, część wspina się pod górkę na piechotę. My, łapiemy taksówkę, która zawozi nas nas pod górną bramę. Niestety, mapa , którą kupiłam przy wejściu okazuje się zupełnie nieprzydatna. Ogród botaniczny jest prawdziwym labiryntem, wiemy tylko, że aby dojść do dolnego wyjścia a stamtąd na nadbrzeże, trzeba schodzić w dół. Nie mamy pojęcia jak długo nam to zajmie, więc zwiedzanie nie przynosi takiej przyjemności jak powinno, wciąż nerwowo spoglądamy na zegarek. Szkoda, bo ogród jest po prostu przecudowny !


Zagladamy do oranżerii z motylami, która okazuje się być prawdziwą sauną. Nie mamy cierpliwości, aby spokojnie przystanąć i poczekać aż motyl usiądzie nam na ręce-z im większą zapalczywością za nimi biegamy, tym mniej mają ochoty na zawarcie z nami bliższej znajomości.

Wracamy na nadbrzeże i serce we mnie zamiera- nadbrzeże jest puste! Wpadam w panikę, statek odpłynął! Bez nas!!! co teraz!? Nagle, na tarasie przy barze, z ulgą spostrzegam jedną z ”naszych” Niemek. Ona również wyraźnie cieszy się na nasz widok. Bidula jest głodna a nie umie przeczytać menu. Choć jeździ na Krym corocznie już od dziesięciu lat, wciąż nie potrafi czytać cyrylicy, ani nie zna rosyjskiego. Dowiadujemy sie od niej, że statek odpłynął na redę i wróci o umówionej godzinie. Pomagamy staruszce zamówić obiad , sami też zjadamy pysznego kurczaka z grilla, popijamy piwkiem i spokojnie czekamy na pozostałych pasażerów.
Następnym punktem programu jest pałac Woroncowa w Ałupce. Zwiedzamy pałac z szczególnym sentymentem pamiętając historię miłości Elżbiety Woroncow i Puszkina.
Mamy znakomitą przewodniczkę i niemieckojęzycznego przewodnika zatem mogę porzucić rolę tłumacza i  spokojnie słuchając jednym uchem wykładu  popuścic wodze wyobraźni. Każde miejsce sluży jak sceneria do romantycznego kadru: np.biblioteka- wyobrażam sobie te muśnięcia palców przy podawaniu ulubionej książki W jadalni głębokie, wymowne spojrzenia przy wznoszeiu toastów.Szybkie pocalunki w oranżerii, sekretne schadzki przy ogrodowej kopii fontanny z Bachczyseraju ...



Przyglądam się portretowi rogacza- księcia Woroncowa. Podoba mi się jako mężczyzna, o wiele bardziej niż Puszkin. Może to nieprawda, że był oschły, może po prostu nie potrafił okazywać uczuć..
Wracając, zatrzymujemy sie przy Jaskólczym Gnieździe. Mieliśmy go tylko oglądać z morza ale sympatyczny kapitan ma dziś fantazje i zarządza godzinny postój.



Jeszcze wycieczka do Jałty –
piękny deptak na którym mam okazję sfotografować pomnik damy z pieskiem i powrot do Sudaku. Zapada gwiaździsta noc, z głośników płynie jak na zamówienie :Muzyczna Lista Ulubionych Sentymentalnych Przebojów Asi, a Jan.... siedzi jakiś taki zamyślony, wogóle nie przychodzi mu do głowy aby mnie objąć albo przynajmniej pogłaskać po rączce, szepnąć słodkie słówko...och! połykam łezki rozczarowania i w duchu mściwie obiecuję sobie, że będę mu to wypominać jeszcze przez kilka następnych miesięcy. Drugi Woroncow! Wzdychając nad swoim ciężkim losem, z tak mało dziś romantycznym mężem, proponuję zejście do baru pod pokładem. Trudno, skoro nie pisany mi wieczór pełen ” poświaty księżyca, słowików, róż i burz”, niech będzie chociaż wesoło. Zamawiamy drinki i rozmawiamy z barmanami- jeden z nich wybiera się jesienią na studia właśnie do Holandii i to do Lejdy, w której studiował także Jan. Obaj barmani świetnie mówią po angielsku, ja w Lejdzie nie studiowałam, zatem automatycznie schodzę na drugi plan, ale dzięki rozmowie ta część podróży upływa przyjemnie i tak szybko, iż na koniec ledwo zdążyliśmy wymienić adresy mailowe. W Sudaku jesteśmy dopiero po dziesiątej wieczorem. Już za późno aby pójść na tańce, więc wypijamy w altanie po driniu i idziemy spać.

20111118

SUDAK - KURORTNYJE

Rankiem, pakujemy się- naszym następnym celem podróży jset miejscowość Kurortnyje nad Morzem Azowskim, niedaleko miasta Kercz. Wracając z łazienki spotykam pułkownika- na do widzenia zrobil się niespodziewanie słodki jak miód. Za niewielką opłatą odwozi nas na dworzec, po drodze udzielając tysiąca rad i przestróg. Zdumiewa mnie ta nagła troska o nas, no ale lepiej późno niż wcale, to i słucham z uwagą. Na dworcu okazuje się, że na autobus do Teodozji trzeba czekać 2 godziny. Szkoda nam czasu, więc zaczynamy targi z taryfiarzami. Jeden z nich zgadza się dowieźć nas do Starego Krymu za 150 hrywien. Kierujemy się na parking, mijamy podniszczonego „japońca” (z ulgą stwierdzam, że to nie ten pojazd), potem srebrzysty, wypasiony jeep ( szkoda, że to nie ten), .Podchodzimy do jego samochodu i tu z trudem powstrzymuję śmiech- Lada, o kolorze, który nazwałabym ”niegdyś niebieski” . W życiu nie widziałam tak zardzewiałej karoserii.Ale w tym przypadku pałac nie jest warty Paca, bo nasz szofer jest doskonałym kierowcą, jedzie pewnie, płynnie ale i ostrożnie, szkoda go na takiego gruchota. Bez problemów dojeżdżamy do dworca autobusowego w Starym Krymie.
Starsza pani w kasie, z anielską cierpliwością tłumaczy mi rózne opcję dojazdu, bez najmniejszego grymasu wymienia bilety gdy okazuje się, że zapomniałam wspomnieć o bagażu. Wprawnie przesuwając drewniane gałki liczydła oblicza sumę, wpisuje ją do komputera, po czym drukuje bliety. Liczydło i komputer- co za kombinacja!
Autobus mamy za kwadrans, szukam jeszcze toalety. W drzwiach sąsiadującego z dworcem sklepiku stoi sprzedawczyni. Zamiast wskazać mi ręką przybytek, zamyka sklep, bierze mnie za rękę i prowadzi jak dziecko na siusiu. Publiczna ubikacja jest przykładem mistrzowskigo minimalizmu - ogrodzona betonowa podłoga z dwoma dziurami. Abstrakcjoniści, utrzymujący, iż najczystszą formą sztuki jest biała kartka papieru, byliby dumni z projektanta. Nie zachwycam się sztuką abstrakcyjną, lecz teraz mam lekkie kłopoty żołądkowe i to WC jest  i dla mnie, po prostu piękne. Bo jest!
Nadjeżdża autobus, pakujemy bagaże. Jan chciałby też ”na stronę”, ale kierowca jest strasznie nieuprzejmy, najpierw burczy, że postój będzie w Teodozji, po czym ostrym tonem pada w kierunku Jana pytanie:”Amerykaniec?”.Gdy słyszy odpowiedź przeczącą, zmienia się o 180 stopni, z uśmiechem rzuca :”No to leć, tylko szybko”. Swoją drogą, ciekawe, który mu zalazł za skórę - ”dubel U” czy Obama...
Na dworcu w Teodozji mamy półgodzinną przerwę. W barze mlecznym kupujemy świeżutkie ciastka z nadzieniem morelowym i napoje. Tuż przy dworcu stoi cerkiew o bajecznych wprost kolorach. Chyba jest to nowy budynek, gdyż jej zdjęcia nie widziałam w żadnych przewodnikach.

Do Kerczu dojeżdżamy po następnej godzinie jazdy i od razu znajdujemy marszrutkę nr 69 do Kurortnyje. Marszrutka trzęsie niemiłosiernie tym bardziej, iż po jakiś 10 km droga asfaltowa nagle się urywa..Jedziemy dalej potwornie wyboistą, piaszczystą drogą, wznosząc tumany kurzu. W Kurortnyje okazuje się, że nasza kwatera połozona jest bardzo daleko od przystanku. – żałuję teraz, że nie ulegliśmy pokusie i nie zafundowaliśmy sobie taksówki. Na normalnym chodniku doszlibyśmy w 10 minut do celu, ale na tych wybojach nasze walizki na kólkach wywracają się na wszystkie strony.Co chwila robimy odpoczynek w cieniu, do kwatery dochodzimy dopiero po pól godzinie. Pokój skromny, nie do porównania z tym w Sudaku, ale dla nas ważniejsza jest atmosfera. Tutaj jest super luzacko i to nam odpowiada. Kwatery mieszczą się w dwóch naprzeciwległych piętrowych szeregowcach, każdy pokój ma prywatną mini werandę. W ogódkach rosną chyba wszystkie możliwe odmiany róż.
Oprócz tego jest ogólnodostępna kuchnia, grill, sanitariaty, stołówka i kilka zakątków gdzie można posiedzieć wieczorami. Nasi nowi gospodarze, Irina i Siergiej, są bardzo sympatyczni, jesteśmy pierwszymi turystami z Holandii, których goszczą ,więc czujemy się, jako pionierzy, dumni. Można u nich zakupić w tej samej cenie jak w sklepie napoje chłodzące i alkohol. Poza tym w stołówce serwują trzy posiłki dziennie- my decydujemy się tylko na kolacje w cenie 35 hr od osoby. Po rozpakowaniu się idziemy na plażę, od której dzieli nas dosłownie trzy minuty spacerem. Na prawie pustej plaży leży rakuszecznik, woda w morzu jest cieplutka, przejrzysta, po prostu – raj! W pierwszej chwili nie rozumiem dlaczego tak mało tu turystów, ale gdy przypomina mi się jazda do Kurortnyje wszystko staje się jasne.
Choć zazwyczaj plażowanie nie należy do naszego ulubionego sposobu spędzania wakacji, dziś kilka godzin taplamy się w zatoce, wygrzewamy na słoneczku, w końcu rozradowani wracamy na kolację. Dostajemy okraszony makaron, pieczoną pałkę kurzą, surówkę z kapusty a na deser racuszka i ziołowa herbatę. Taki prawdziwy „domasznyj”, smaczny posiłek.
Wieczorem zawieramy znajomość z sąsiadami – emerytami z Moskwy, którzy przyjechali tu aby podleczyć zdrowie. Umawiamy się na wspólny wypad nad jezioro Czokrak nastepnego ranka.



20111117

KURORTNYJE DZIEŃ 2

   Jezioro Czokrak ma właściwości lecznicze, stąd też nazwa miejscowości Kurortnyje. Wchodzimy do smolistej wody i smarujemy się tłustą, śmierdzącą mazią.. Stąpanie po mulistym dnie nie należy do przyjemności, czego się jednak nie robi dla szlachetnego zdrowia. Po wyschnięciu wyglądamy jak Aborygeni szykujący się na Corraboree. Przebiegamy mierzeję i zanurzamy się w morzu- błotko wcale nie tak łatwo daje się zmyć, pozostawiamy po sobie smugę czarnej „farby” niczym ogromne kałamarnice.
  Po południu idziemy w stronę Generalskich Plaż. Aby się tam dostać trzeba przejść kilka kilometrów plażą i mijając Czokrak wspiąć się na płaskowyż (niby wzniesienie niewielkie, ale przy temperaturze ponad 30 stopni urasta do rozmiarów Ewerstu). Obok drogi na płaskowyż napotykamy na ogrodzony teren, na którym znajdują się przedziwne budowle, przypominające domki hobbitów- czyżbyśy zaszli aż do Shire? ”...Tak daleko jeszcze nie byłem...”.
Zasapani dochodzimy na szczyt - przed naszymi oczami roztacza się cudownie dzikie, kompletne pustkowie porośnięte wysoką trawą, żółtymi malwami i oszałamiająco pachnącymi ziołami.
 Krzyżuje się na nim wiele ścieżek, bezskutecznie próbujemy kilkoma z nich dojść nad brzeg morza.
 W końcu dajemy za wygraną, wrócimy tu gdy upał nieco zelżeje.
Popołudnie spędzamy znów na plaży. Wieczorem umawiam się z jedną z współlokatorek na ranną wycieczkę na Generalskie Plaże. Po kolacji oglądamy kolejny, porażający pięknem, zachód słońca.
Baaardzo przyzwoicie wzmocniona cola dopełnia kielicha szczęścia.



20111116

KURORTNYJE DZIEŃ 3

          Pobudka już o szóstej- i to mają być wakacje!!!
  Z Nataszą i jej uroczą córeczką Lizą idziemy na spotkanie z Galiną i Julią. Galina mieszka w Moskwie, na Krym przyjeżdża co roku, gdyż urodziła się w Kerczu, tu spędziła młodość, a teraz corocznie, wraz z córką Julią, podczas wakacji odwiedza groby rodzicow i dziadków. Doskonale zna okolicę więc posłuży nam za przewodnika. Poranny chłodek sprawia, że tym razem na płaskowyż wchodzimy bez problemu. Po drodze zrywamy zioła i dyskutujemy o ich właściwościach - wszystkie panie, podobnie jak ja, są pasjonatkami zdrowej kuchni. Jan, w tym czasie, filmuje zawzięcie wszystko co się rusza...

 
Za chwilę otwieramy buzie z zachwytu...Wow!!!





 Wtem, Galina, prowadząca nasze stadko, przerażona zawraca. Na skale wygrzewała się żmija. Widok Galiny musiał ją równie przarazić, gdyż gdy ciekawi zaglądamy za skałki, po gadzince ani śladu. Galina z przejęciem opowiada o spotkaniu,- najpierw Nataszy i w tej pierwszej wersji żmija jest taka z półmetrowa, potem mnie- stworzenie rozrasta się w tej relacji do metra. Wersja , którą słyszy Jan jest najciekawsza: otóż Galina przed chwilą spotkała dorosłego osobnika pytona, w dodatku jadowitego jak kobra królweska!!! Nataszy i mnie trochę chce się śmiać ( Janowi, ze zrozumiałych względów, nie) ale nie wypada. – Galina jako dziecko została właśnie na tych terenach ukąszona przez żmiję, więc jej strach nie jest tylko taki atawistyczny. Przez to zdarzenie atmosfera się zmienia, znika wesoły, beztroski nastrój, widać wyraźnie, iż kontynuowanie wycieczki będzie dla naszej miłej przewodniczki małym koszmarem. Zaczyna też mocno przypiekać słońce, decydujemy się na powrót.
Pierwsza zatoczka, już na dole, gdzie „żmij niet”, jest równie malownicza.jak Generalskie Plaże. Dziewczyny idą w kierunku jeziora na błotną kurację, my zostajemy w tym cudnym zakątku.


Wyciągamy kanapki z bekonem, które po marszu i kąpieli smakują niebywale! Bekon, w przeciwieństwie do ukraińskich kiełbas (przynajmniej tych, które jadłam), jest doskonale przyprawiony i uwędzony. Na deser czereśnie, takie niesamowicie soczyste, trzeba od razu całą rozgryźć w buzi, inaczej sok tryska na wszystkie strony. Nie bacząc na powagę wieku, urządzamy zawody w pluciu pestkami na odległość. Bezapelacyjnie wygrywa Jan.
Wracamy na kwaterę brodząc w wodzie. O mały włos a nastąpiłabym na coś malutkiego, ale syczącego na mnie z ogromną, ale to przeogromną wściekłością.


Odskakuję z taką szybkością i na taką odległość, której nie powstydziłby się kangur champion. Już rozumiem słonie obawiające się myszy. I Galinę....
Opowiadamy o tych ”bliskich spotkaniach” Irinie, która twierdzi, iż jadowitych żmij w tych stronach nie znajdziesz. Owszem, spotkanie z wężem nie należy do rzadkości, mogą ugryźć, ale choć jest to bolesne, nie zagraża życiu.
Popołudniem, z dobrymi ksiązkami rozkladamy się w cieniu jedynego na plaży drzewa. Całe przedpołudnie spędzilismy na słońcu i już widzimy efekty nieostrożności. Czytamy, ja- „Morze Czarne” Neala Aschersona a Jan czyta Pauksztowskiego- polecamy!
Po kolacji kierujemy się na drugi koniec Kurortnyje. Wspinamy się mozolnie, bo w klapkach, na wzgórze, na którym można zobaczyć pozostałości osady greckiej z IV w.p.n.e.



Przed wyjazdem, czytając w przewodniku, iż jedyne prace archeologiczne przeprowadzane są przez miejscowych i przyjezdnych wandali, trzęsłam się z oburzenia. Na miejscu jednak, żyłka odkrywcy walczy we mnie, z szlachetnym ( i właściwym) szacunkiem dla profesjonalnych badań. W końcu,jednak chcę zgrzeszyć- cóż.., przyznaję uczciwie, jak Owidiusz ”widzę rzeczy lepsze i pochwalam je, idę jednak za gorszym”...rozglądam się za jakimś patykiem, którym mogłabym ropocząć wykopaliska, ale nic w zasięgu wzroku nie leży. Czyli siła wyższa zmusza mnie do godnego zachowania. Pstrykam w zastepstwie mnóstwo fotek, bo tak w gruncie rzeczy, jedyną moją pasją kolekcjonerską są wspomnienia.




W drodze powrotnej spotykamy parę rosyjskich turystów, którym (o ironio!) potrafimy podpowiedzieć jak dojść do pomnika bohaterów Wojny Ojczyźnianej.
W zamian słyszymy gawędę o czasach świetności lotniska wojskowego w Bagierówce, nasz rozmówca spędził tak kawał swego życia..Wyjaśnia też zagadkę domków hobbitów- to po prostu hangary. Niestety, z lekceważeniem, z niczym nieusprawiedliwioną butną wyższością wyraża się o teraźniejszej gospodarce Ukraińców, aż budzi to niesmak. Pamiętam jak dołowały mnie na Syberii widoki niszczejących, porzuconych zakładów przemysłowych; mam chętkę zacytowania przysłowia :”przyganiał kocioł garnkowi”. Ale trzymam się żelaznej zasady: na wakacjach nie wdawać się w dyskusje polityczne, tylko słuchać! Zegnamy się grzecznie i każdy udaje sie we własnym kierunku.
Na kwaterze Irina dopytuje gdzie byliśmy. Slysząc o celu naszej wycieczki, blednie i pyta z niedowierzaniem:”Poszliście na Zmijową Góre!? Przecież tam żmije mają swoje gniazda, tam jest ich dom!”. Widząc jej reakcje i ja się dziwię:”No przeciez mówiłaś, że żmij tu nie ma”. Irina zmieszana bąka tylko, że owszem, żmij nie ma, ale nikt z miejscowych na to wzgórze nie chodzi.. Już sama nie wiem- są tu jadowite gadziny czy nie? Ale dreszcz mnie przechodzi gdy myślę o moim, na szczęście niedoszlym do skutku, pomyśle zabawy w archeologa.
Z małym „conieco” pod pachą idziemy oglądać „wieczorny spektakl na niebie”.





20111115

KURORTNYJE DZIEŃ 4

Po przebudzeniu się, z przykrością stwierdzamy zmianę pogody. Niebo jest zasnute ciężkimi, brzuchatymi, sino-ołowianymi chmurami. No to koniec byczenia się, postanawiamy dziś zwiedzić Adżymuszkańskie Kamieniołomy i Kurhan Carski w Kerczu.
Wsiadamy do marszrutki do Kercza w samą porę- deszcz wali niemiłosiernie po szybach, niemożnością jest zobaczenie czegokolwiek na zewnątrz. Nasz marszrutkowy sąsiad zagaduje pytając skąd jesteśmy i jak nam się na Krymie podoba.. Słysząc hymny pochwalne uśmiecha się szeroko i podając Janowi jedną rękę, drugą serdecznie poklepuje go po plecach dodając :”My friend”. Zaczyna się małe przesłuchanko z wakacji. Za każdą pozytywną opinię o Krymie, Jan zostaje nagrodzony uściskiem dłoni i określeniem „my friend”. Nie wiadomo dlaczego, mnie to wyróżnienie omija a przecież mi też Krym się podoba! Marszrutka podskakuje na wybojach, nowy przyjaciel mojego męża krzyczy w stron kierowcy:”Jak jedziesz ofiaro, wieziesz tu mojego przyjaciela i jego żonę, uważaj patałachu!” Kulę się ze śmiechu, ale i z obawy, czy nie będzie awantury i w efekcie nie zostaniemy wywaleni z pojazdu pośrodku pustkowia. Kierowca reaguje tylko uśmiechem i wzruszeniem ramion - albo jest przyzwyczajony do takich uwag, albo pobłażliwy dla stanu naszego „opiekuna”, bo po zapachu już czuć, iż sąsiad ranek rozpoczął… godnie…
W pewnym momencie deszcz ustał i przez okno widać dzielnicę tatarską. Sąsiad krzywi sie: ”Tatarzy to nieroby i pijacy”. Pienię się w duchu, zimno odpowiadam iż, moim zdaniem Tatrzy to bardzo godny szacunku, ciężko pracujący naród. Potakuje mi żona sąsiada, ten tylko macha ręką gestem „z babą nie wygrasz”. Za chwilę nachyla się do mojego ucha i zmieniając temat, szepce :”Twój mąż to porządny czlowiek”, po czym znów ściska Janową prawicę. „Skąd on wie czy jestem porządny, przecież mnie nie zna”- dziwi sie Jan. „No jak to skąd’’- odpowiadam -”toż to Twój friend !”
Nasz sąsiad wysiada wraz z rodziną na przedmieściach. Przy wysiadaniu objawia kolejny dowód troski o nas- koniecznie domaga się zapewnienia od kierowcy, iz ten bezpiecznie dowiezie na dworzec „ przyjaciela i jego żonę”. Jedno zapewnienie okazuje się być niewystarczającym - sąsiad, facet nie ułomek, wpił się jedną ręką w poręcz i dyskutuje z kierowcą nie zważając, że syn, żona, córka ( iście jak w tej bajce o rzepce) trzymając drugą rękę usiłują go wyciągnąć z marszrutki.. Scena naprawdę do sfilmowania, niestety koło nas siedzi jeszcze synowa Frienda, mogłoby być jej przykro.
Zgodnie z obietnicą, na dworzec dojeżdżamy cało i tu przesiadamy się do marszrutki nr 4, którą dojezdżamy do końcowego przystanku. Na szczęście jest sucho choć chłodno.



W kasie wykupujemy bilety- następna grupa wycieczkowa wyrusza do podziemi dopiero za dwie godziny zatem kierujemy się w strone widocznego w dali kurhanu.


Przewodnik po kamieniołomach spóźnia się dobry kwadrans. Gdy wreszcie nadchodzi, omiata grupę niechętnym wzrokiem, wybiórczo wręcza co młodszym i ładniejszym dziewczętom latarki (co za sokoli wzrok!), ostrzega przed odłączaniem się od grupy. Na chwilę czuję do niego sympatię (z czystej próżności), gdyż podaje latarkę w moje ręce, zamiast podać ją stojącej obok mnie uroczej, młodej Rosjance ( a wiec wzrok niezupełnie sokoli!) . Jednak szybko traci tę sympatię i nie odzyskuje do końca trasy. Traktuje swą pracę jako zło konieczne a turystów jako niegodnych oprowadzania- swoje komentarze przy zwiedzanych salach kieruje do własnego, pokaźnego brzucha. Już pomijając poziom mojej znajomość rosyjskiego- widzę, że pozostali turyści też rozumieją piąte przez dziesiąte. Trudno, trzeba będzie poczytać na ten temat dopiero w domu.(ani w kasie muzeum ani w kerczeńskich księgarniach nie znalazłam lektury dotyczącej Adżymuszkańkich Kamieniołomów). Mimo zakazu fotografowania, każdy „cyka” ile dusza zapragnie. Wyłamuję sie jako ostatnia i nieśmiało robię kilka zdjęć.


Na zewnątrz korzystamy z toalety i choć nie jesteśmy "delikutaśni",  to w tym przybytku odór naprawdę prawie paraliżuje. Zastanawiam się, czy dziewczyna pracująca w klozecie, jest w stanie po powrocie do domu zmyć z siebie ten smród. Sprawia wrażenie jakby wręcz zapaszku nie czuła. I nie tylko to zastanawia mnie. Wiem, jakie jest bezrobocie na Ukrainie, i  że trzeba być tam szczęśliwym mając jakakolwiek pracę, i że żadna praca nie hańbi, i że "pieniadze nie śmierdzą"...Ale na jej miejscu siedziałabym na zewnątrz, popłakując nad swoim losem, wznosząc ręce ku niebu z rozpaczliwym pytaniem: „dlaczego ja???!!!.....”
 a tu dziewczę uśmiechnięte, słodkie- skąd czerpie taką pogodę ducha?
Wracamy do domu, umawialiśy się poprzedniego dnia z naszymi gospodarzami na małą wódeczkę z okazji narodzin ich wnuka. Na miejscu, widzimy w stołówce sporą grupę imprezowiczów- niespodziewanie przyjechala do Iriny i Siergieja rodzina.Wycofujemy się na naszą kwaterę. Mała wódeczka w czwórkę zamienia się w sporą wódeczkę we dwójkę. Też piknie!- zagrzebani pod kocami, z dobrą zakąską na stole i dobrym driniem w łapkach. Z sąsiedniego domu dobiega muzyka, takie ruskie disco-polo, niekoniecznie nasz gust, więc umawiamy się, że taka muzyka dodaje nastroju, pasuje do miejsca, jest „klimatyczna”. Siedzimy do późna, oglądamy na przeglądarce nakręcony film, po raz kolejny omawiamy wrażenia,  a z godziny na godzinę coraz bardziej podoba nam się muzyka.W efekcie, następnego dnia budzimy się o porze naprawdę super wakacyjnej.





20111114

KURORTNYJE DZIEŃ 5

Pogoda barowa zatem znów obieramy kierunek Kercz. Nawet w tym mieście można znależć "urocze" zakątki.

 Wspinamy się na Górę Mitrydatesa, trochę siąpi deszcz, zniechęcona w połowie schodów rezygnuję. Jan dziarsko pnie do góry, co mnie cieszy- przynajmniej na wideo i na zdjęciach obejrzę panoramę z wierzchołka.
Schody są niestety w fatalnym stanie, zresztą jak większość zabytkowych budowli w tym mieście. Pięknie odresturowana jest cerkiew Jana Chrzciciela,
 bezskutecznie szukamy w niej płyty z odciskiem stopy św.Andrzeja, o której pisze przewodnik Bezdroży. Jedna z pań krzątających się w cerkwi tlumaczy nam gdzie została przeniesiona i jak dojść. Tlumaczy tak długo i zawile, że po wyjściu ze świątynii nie mogę sobie przypomnieć podanej nazwy cerkwi.
Skoro nie ma atrakcji dla ducha to niech będzie coś dla ciała. Idziemy do bardzo eleganckiej, ale jak na standard, niedrogiej restauracji na pięknie podane strogonowa i dewolaja.


Po obiedzie paceruję po placu Lenina, gdy podchodzi do mnie taka nizutka, krucha babunia z prośbą:” Córeczko droga, dajcie na chleb”. Sciska mnie w gardle i z żalu nad nią i z poczucia winy, „kością”, na wspomnienie wypasionego obiadu. To pokolenie chyba przeszło najgorszą niedolę. A tu i starość taka beznadziejna. Staruszka tymczasem użala się nade mną , że taka pogoda na wakacje przypadła mi w udziale. E, pogoda rzecz zmienna , jak i ustrój, ale korzyści ze zmiany tego ostatniego babunia nie doczekała.
Wracamy na dworzec aby złapać marszrutkę do twierdzy Jenikale. Jedziemy chyba z godzinę do jakiegoś przeraźliwego donikąd. Nie wiem dlaczego, ale po raz pierwszy podczas tego urlopu, ogarnia mnie strach czy trafimy z powrotem, czy nie zaskoczy nas kolejna burza...Gdy wysiadamy przy ruinach jest wciąż słonecznie, ale gdzieś na horyzoncie widać ciemne chmury, morze wali wściekle o falochron, nastrój minorowy- pewnie dlatego nie zachwycam się Jenikale choć zazwyczaj uwielbiam takie uroczyska.
 Robimy kilka zdjęć i wracamy szosą wzdłuż nadbrzeża, w kierunku centrum. Zrywa się lodowate wietrzysko i przynosi ze sobą pierwsze krople deszczu. W ciągu półgodzinnego marszu nie mija nas żaden pojazd, nie napotykamy na żywą duszę. Nic więc dziwnego, że widok sklepiku spożywczego witamy z ulgą. Niedaleko łapiemy marszrutkę i wracamy na dworzec.
Już w Kurortnym pakujemy się i tym razem bez stresu, powoli, toczymy nasz bagaż do sklepiku przy przystanku- rano będzie już tam na nas czekał. Przy pakowaniu wpadł mi w ręce zapomniany aparat do zdjęć podwodnych. O! nie po to targałam go taki kawał świata, aby nie wykorzystać – idziemy na plażę, gdzie podwijam nogawki spodni i w przybrzeżnej wodzie cykam parę ujęć. Nie mam pojęcia czy na zdjęciach ukaże się cokolwiek, ale sumienie mam czyste.Wieczorem gramy z Nataszą i z Lizą w domino, słuchamy muzyki – dość szybko zagłusza i rozmowę i muzykę recital partyzancko-czastuszkowy naszych sąsiadów z Moskwy. Nie przyłączamy się do biesiady, gdyż już są w stanie mocno „zacinającej się płyty” i to zarówo jeśli chodzi o śpiew jak i o dyskusję. Grzecznie wypijamy tylko jedną lampkę koniaku „Novyj Sviet” i idziemy spać.