20170606

KIJÓW DZIEŃ DRUGI



      Rano...ach! po prostu tragedia, bo dla 30-stu gości udostępnione są tylko dwie ubikacje i dwie łazienki. Oszczędzę szczegółów, w każdym razie doświadczenie jest na tyle przykre, iż święcie obiecujemy sobie, że po raz ostatni rezerwujemy pokój bez prywatnej łazienki.                                             

Pod Złotą Bramą zasiadamy przy stoliku na pobliskim tarasie. Zamówione przez mnie kiełbaski wyglądają apetycznie, lecz są niesmaczne, takie bez soli, bez doli...

Jan, widząc moje łakome spojrzenia rzucane w kierunku jego schaboszczaka, pociesza:                          " Nie zazdrość - suchy jak podeszwa". 


Jako tako zapchani obieramy kurs na Majdan, czyli Plac Niepodległości.








Zwiedzanie kijowskich świątyń rozpoczynamy od najstarszej (XI wiek) i moim zdaniem najpiękniejszej, czyli Soboru Mądrości Bożej zwanej też Soborem Sofijskim. 




Niestety, wnętrza nie można fotografować - jaka szkoda, bo freski pokrywające całą świątynie są bajecznie kolorowe i doskonale odrestaurowane.
   Następnie oglądamy Monaster św. Michała Archanioła, zburzony za sowieckich czasów, a odbudowany po odzyskaniu przez Ukrainę niepodległości.




Nie tylko my zachwycamy się zabytkiem. W skupieniu, z szacunkiem, podziwem dla templum zwiedzają go członkowie klubu, którego nie podejrzewałam o zainteresowanie kulturą. Zaprawdę, nie można z góry się uprzedzać...


Za przykościelną bramą stoi mocno sfatygowane pianino, ale tu baletnicy rąbek sukienki nie przeszkadza, bo artysta, który akurat przy nim przysiadł, gra po prostu przecudownie. 
Gdy wrzucam do "kapeusza" kilka banktnotów i obsypuję pianistę komplementami, młody człowiek reaguje niegrzecznym burknięciem, czym "zyskuje" niechęć mojego męża i to in secula seculorum. 
Mnie to nie rusza, jest tu tak ślicznie, słonecznie, muzyka przenika każdą tkankę, rozkosznie przelewa się w żyłach, za chwilę pójdziemy na smaczny obiad, nie jesteśmy jeszcze nawet w połowie podróży...ech, życie jest piękne! Poza tym chyba każdy ma czasem swój zły dzień, a artystom trzeba więcej wybaczyć...


Przechodzi koło nas młoda para, co zawsze uważam za dobry znak.


I nagle wszystkie kolory gasną... przechodzimy obok tablicy upamiętniającej  ofiary wojny w Donbasie.
Niektórzy przechodnie zatrzymują się, a niektórzy nawet przyspieszają kroku, ale rękawem ocierają łzy... .Rozumiem to, bo  z własnego doświadczenia znam to skrępowanie, to jakby wręcz poczucie winy, że to ktoś inny...




Aby przełknąć ogromną kluchę  w gardle, jak zawsze przy takich miejscach pamięci, staram się przeczytać każde nazwisko, obejrzeć każde zdjęcie, jakbym w jakiś magiczny sposób potrafiła  ocalić poległych  od zapomnienia.  W Petersburgu,  na Kamieniu Sołowieckim  ku czci ofiar Gułagu jest umieszczony fragment wiersza Anny Achmatowej: 
"..."Chciałabym Was wszystkich po imieniu nazwać...." . 
Ja też.
W milczeniu, nad brzeg Dniepru dojeżdżamy funikularem, czyli linowo-terenową kolejką  łączącą  historyczny Stary Kijów z najstarszym podgrodziem miasta - Padołem.




Na nadbrzeżu roi się od sprzedawczyń  usiłujących sprzedać bilety na przejażdżkę statkiem po rzece. Biorę ulotkę do ręki, propozycja kusząca, ale chyba nie starczy nam czasu na tę przyjemność. 
Mija nas kolejna para młoda


Wzdłuż nadrzecznej promenady znajduje się mnóstwo barów. W jednym z nich zmawiamy szaszłyki z grilla. Obok rozsiada się grupa Hell's Angels z Włoch a przy sąsiednim tarasie rozpostarła  się na krzesełkach spora gromadka członków rodzimego odłamu klubu. Nie cieszą się w Holandii najlepszą opinią, toteż gdy kieruje się w ich stronę Jan ciągnie mnie za rękaw sycząc: 
"Zostaw!". 
Mnie jednak zżera babska ciekawość więc zagaduję chłopaków:
"Chłopaki, zjechaliście się tu z całego świata! Zorganizowaliście w Kijowie jakąś konferencję?
Szefo rozwalony na krzesełku obrzuca mnie spojrzeniem typu szaraku-jak-śmiesz, po czym dodaje przeciągle wymawiając:
 "Kon-fe-ren-cje...? no cóż, można to tak nazwać..."
 Kolesie jego parskają śmiechem, ale jeden z nich dodaje całkiem uprzejmie:
"To taki spontaniczny zlot". 
Spontaniczny zlot? akurat! Więcej się jednak nie dowiem.

Ostatni rzut oka na Dniepr i wracamy do centrum.






i tam Ela zabiera nas na spacer po Kijowie pełniąc rolę przewodnika.

Podziwiamy cudne przedrewolucyjne budynki,






gmach opery,



słynny dom z chimerami,
( oto fotka sprzed 1917r.)



(stan obecny)



i dużo mniej "cudne" porewolucyjne dziwadła





Sobór św. Włodzimierza



KIJÓW DZIEŃ PIERWSZY

       Autobusem bez problemów dojeżdżamy do centrum Kijowa.





      Kłopoty zaczynają się po dojściu do naszej kwatery. Pod wskazanym na serwisie internetowym adresem, długo nikt nie otwiera, wreszcie po naszym uporczywym stukaniu do drzwi, przez wąską szparę wysuwa się siwa głowa. Babka oznajmia nam, że tutaj żadnego hostelu nie ma.
 "Piętro wyżej wynajmują pokoje" dodaje i zatrzaskuje drzwi. 
Zdumieni, drapiemy się na następną kondynację i tam, rzeczywiście mieści się hostel o innej nazwie, gdzie jest owszem, wolna "dwójka", ale bez prywatnej łazienki, w dodatku sporo droższa niż ta, rezerwowana. Internet w telefonie nie działa, więc mimo poczucia, że coś tu nie gra, że po prostu "wpuszczono nas w maliny", zajmujemy pokój. Ostatecznie to tylko trzy noce...
      Hostel znajduje się tuż przy kijowskiej Złotej Bramie. Jest przeogromna! Bolesław Chrobry musiałby być bajkowym olbrzymem, aby udałoby mu się wyszczerbienie miecza na powale.
Po zwiedzeniu zabytku

wracamy pod hostel i czekamy na moją kuzynkę Elę, która mieszka i pracuje w Kijowie już od trzydziestu lat ( i tyleż lat nie widziałyśmy się ).
 "Nic się nie zmieniłaś!" wykrzykujemy obie na powitanie - ja, napewno zgodnie z prawdą, bo Eli urody szczęśliwie nie ruszył "ząb czasu". 
Paplamy też cały wieczór jak w młodości, jakbyśmy widziały się ostatnio wczoraj ( no, może przedwczoraj). 
Ela, nauczycielka j.polskiego w szkole przy naszej ambasadzie, mieszka w odległej dzielnicy Kijowa, w brzydkim, czterokondycyjnym budynku z białej cegły, jeszcze z czasów sowieckich.
Samo mieszkanie jest przestronne, jasne, wygodne, z obszernym balkonem. Stojący pośrodku pokoju gościnnego piękny, zabytkowy fortepian przyciąga naszą uwagę. Dzieci Eli są uzdolnione muzykalnie - najstarsza córka jest śpiewaczką operową, młodsza wiolinistką, syn (soundmusic engeener przy teatrze muzycznym, ale nie wiem na czym ta funkcja polega). Skrzypaczka Kasia dotrzymuje nam dzisiejszego wieczoru towarzystwa. 
 Dziewczyny ze zgorszeniem wysłuchują opowieści o naszych hostelowych perypetiach.
 Mogliśmy naturalnie zakotwiczyć u nich w domu, tyle, że Jan i ja jesteśmy takimi dziwakami, takimi "Zosiami- Samosiami". Mimo, iż jesteśmy członkami "Hospitality Club" i "Couchsurfing", mimo, iż mamy przyjaciół, u których nocujemy bez żadnych oporów, a sami wręcz uwielbiamy gości, to najczęściej na wakacjach dla samych siebie wynajmujemy niezależne lokum. No cóż, te "autystyczne pieski tak mają"...Przyznaję, iż nie lubię tej cechy u siebie, bo człowiek powinien nie tylko pięknie dawać, ale i pięknie przyjmować. 
Kasia twierdzi, iż za połowę ceny noclegu, załatwiłaby nam apartament w centrum miasta. Wielu mieszkańców Kijowa boryka się z finansowymi problemami i chętnie udostępniliby własne lokum, aby trochę zarobić. Szkoda. To moja wina, iż wcześniej nie dogadałyśmy się, no ale gdyby człowiek wiedział, że upadnie to by usiadł... 
Z oburzeniem opowiadam o przekraczaniu granicy. 
"Staliśmy na przejściu dwie godziny!!! Dwie godziny!!! Wyobrażacie sobie?!"
"Z trudem" odpowiada wyraźnie zszokowana Ela "Wyjątkowo krótko! Ale mieliście szczęście".
       Na stole pojawiają się rozmaite pyszności, zatem i temat rozmowy przechodzi na ukraińskie "kulinaria". Ela słysząc, iż nigdy nie skosztowałam słynnego sała, przynosi mi kawałek tego lokalnego przysmaku, po czym znika w kuchni, aby zaparzyć nam kawę.
 Z trwogą w oczach spoglądamy na siebie z Janem. Przed nami leży kawałek białego, świńskiego sadła. Starając się zrobić to jak najcieniej, odcinam kawałek słoniny i bohatersko wkładam do ust. Ohyda! Wypluwam ten "przysmak"  na rękę i rzucam kotom na podłogę. Kociaki nie kapryszą, sało w jednej sekundzie znika, ale niestety - pozostawia na wyszorowanym do białości parkiecie brzydki, tłusty ślad. Akurat w tym momencie Ela wraca z kuchni z filiżankami w rękach i widzę, że choć od razu zauważa "corpus delicti", taktownie milczy. Jak ostatni tchórz uciekam na balkon na papieroska, a wracając, pokornie proszę o zamówienie powrotnej taksówki. 
Koty, wciąż się oblizując żegnają mnie spojrzeniami pełnymi miłości.


20170605

KOWEL, TUNEL MIŁOŚCI, RÓWNE

     Już przed dziewiątą budzimy się całkiem, całkiem wypoczęci.
Nie jesteśmy wybredni, lecz ta łazienka... nie, nie, za żadne skarby nie wejdę do tej wanny. Chlapie się tylko nad umywalką zimną wodą bo i gorącej brak. 


 Kupujemy bilety do Równego, pozbywamy się bagażu i idziemy na śniadanie do przydworcowego baru. Zamawiam barszcz ukraiński i niestety - ani moja zupa ani Janowy hot dog nie nadają się do spożycia. Na szczęście niedaleko napotykamy bardzo przyzwoitą restauracyjkę z pysznymi potrawami i radujące serce cenami.

 





Do odjazdu autobusu kręcimy się w pobliżu dworca, akurat jest targ to i jest co poglądać. 







     Gdy nadjeżdża nasz autobus tłumaczę szoferowi: "Bo my, proszę pana, chcemy dojechać do "Tunelu Miłości"". 
Kierowca poklepuje mnie po ramieniu i dodaje rechocąc:"Bądź spokojna. Przy mnie twoja miłość jest bezpieczna". 
Po godzinie jazdy zaprasza: "Joanna, siadaj przy mnie, pokażę ci gdzie macie wysiąść, ale najpierw pogadaj ze mną." Przysiąść muszę na półokrągłej osłonie pokrywającej silnik pojazdu. Rozmowa, mimo zapału szofera i mojego, nie toczy się wartko, gdyż co chwila zsuwam się na pupie z śliskiej pokrywy. Nie dam rady. Po kwadransie przepraszam i wracam na swój fotel. 
W centrum Klewania chcemy wysiąść, ale kierowca powstrzymuje nas:" Wysadzę was za osadą, bliżej waszego celu." 
Do torów kolejowych dochodzimy po godzinie marszu pustawą wiejską drogą, spoceni, zmęczeni, spragnieni. Już widzimy jak urokliwe jest to miejsce, ale najpierw przysiadamy na tarasie kawiarenki.


         "Tunel Miłości" powstał dzięki pociągowi, który jeżdżąc na trasie Klewan - Okrzew, regularnie przycina gałęzie tworząc łukowate sklepienie.

 

Miejsce to rozpropagował japoński reżyser Akiyoshi Imazeki swoim filmem "Klevani: Ai no Tunnel" z 2014 roku. Teraz to nie tylko atrakcja turystyczna, ale i ulubiona sceneria do ślubnych zdjęć. Nic dziwnego, miejsca aż ocieka romantyzmem. 










     Wracając, proszę  właścicielkę kawiarni, aby zamówiła dla nas taksówkę. 
"Ależ po co?!" odpowiada zdumiona "Toż do stacji jest o rzut beretem." Wskazuje nam zarazem kierunek przeciwny od tego, od którego przyszliśmy. Rzeczywiście, po kwadransie, mimo iż część drogi przebrneliśmy przez piach, docieramy na przystanek. Kierowca autobusu nie znał tego skrótu, czy zabawił się naszym kosztem? Ot, "szutnik".
      Minibusikiem dojeżdżamy do Równe, gdzie o północy zamierzamy wsiąść do elektriczki do Kijowa.


 

Na największym placu miasta spora grupa kobiet ćwiczy taniec. Wszystkie panie ubrane są w białe bluzeczki, większość zawiązała żółte lub niebieskie wstążeczki na przegubach.





 

Jak zauważyliśmy dotąd, patriotyzm na Ukrainie, na pierwszy rzut oka, objawia się kolorowo. Przystanki autobusowe, słupki, ba! nawet śmietniki pysznią się narodowymi barwami. 
Mijamy Sobór Zmartwychwstania Pańskiego

 


i zaczepiamy młodą parę pytając jaki kierunek musimy obrać, aby dotrzeć na dworzec kolejowy. Jak dobrze trafiliśmy! Małżeństwo - Tetiana i Wowa to przesympatyczni, gościnni, kulturalni ludzie, w dodatku znika bariera językowa, gdyż Wowa zna angielski, a Tatiana polski. Nie tylko podpowiadają jak najszybciej dotrzeć na stację, ale i proponują wspólny spacer po mieście, słysząc, iż nasz pociąg odjeżdża do Kijowa dopiero koło północy. Mają jakąś sprawę do załatwienia, więc najpierw prowadzą nas do kościoła pw. Narodzenia NMP i św. Antoniego, w którym teraz mieści się filharmonia.
 Dziś odbywa się tam koncert pianisty i muzyka grającego na instrumentach dętych. Wowa i Tetiana obiecują czekać na nas przed świątynią po zakończeniu występów. Nie jesteśmy odpowiednio ubrani na taką uroczystość, więc przycupujemy w ostatniej ławce i z zachwytem słuchamy. Pierwszą część kończy mój ukochany Canon in D Major Pachelbela.


Trochę mi wstyd, gdy w antrakcie, na placyku przed kościołem, otaczają mnie tylko eleganckie, wystrojone panie, a ja - w sportowej bluzeczce, w rybaczkach, trampkach i na domiar złego, jestem jedyną kobietą z papierochem w łapce. Czuję się nieswojo, jak jakaś chuliganka-melomanka. 
 Drugą część występu zamiast klasyki wypełnia jakieś straszliwe jazz session. Nie lubimy jazzu, a już od takiej eksperymentalnej formy to nas po prostu zęby bolą. Po prostu zgroza! a wyjść nie można, bo kościół nieduży, więc artyści zauważyliby naszą ewakuację, i takiej przykrości robić nie można. Cierpimy więc cierpliwie następne trzy kwadranse i zaraz po pierwszej burzy oklasków wysuwamy się na zewnątrz. Na bis nie czekamy. 
Z Tetianą i Wową spacerujemy po miejskim parku, tu Wowa min. pokazuje nam ruiny bunkru wybudowanego dla ochrony Ericha Kocha. Młodzi przestrzegają nas przed złodziejami w pociągu - nasza nocna elektriczka do Kijowa to podobno ulubiony teren działania przestępczych szajek. Wstępujemy jeszcze na taras kawiarni i po godzinie dziesiątej żegnamy się. Nie chcę przyznawać sie naszym nowym przyjaciołom, że wystraszyłam się nie na żarty i zamierzam wynająć pokój w "komnatach oddycha" na dworcu i pojechać rannym pociągiem. Domyślam się, już znając ich serdeczność, że zaprosiliby do ich własnego domu na nocleg, a my takiego kłopotu robić nie chcemy. Zatem teraz pędzimy na dworzec, aby wymienić bilety. Niestety następnego dnia dopiero późnym popołudniem jedzie pociąg do Kijowa, ale kasjerka zapewnia, że już od szóstej rano co godzina jeżdżą autobusy do stolicy. 
Po takich emocjach czas na naprawdę porządnego drinia. Lubię te przydworcowe bary w postsowieckich krajach nocą, bo dzięki wciąż kręcącej się w pobliżu policji, te obojga płci, w taki czy w inny sposób "upadłe anioły" kryją się w kącikach nikomu nie przeszkadzając, a atmosfera taka klimatyczna, trochę szelmowska...W dodatku drinki tanie jak barszcz, to i dopiero o północy zjawiamy się w hoteliku. Umeblowanie pamiętające lata 70- te, lecz tego porządku, tej czystości, tej uprzejmości pani recepcjonistki nie powstydziłby się Savoy w Londynie.






20170604

OBJAZDÓWKA PO UKRAINIE - DROGA DO KOWLA

          Tego lata organizujemy sobie "objazdówkę" po Ukrainie. 
Lądujemy w Lublinie wczesnym popołudniem. Robimy kultowe zdjęcia na lotnisku, 


po czym tramwajem dojeżdżamy na dworzec autobusowy - istną wieżę Babel, i to tuż zaraz po pomieszaniu języków. Pomimo otaczającego zewsząd harmideru, chaosu, brudu, zaniedbania, wszyscy połączeni wspólną niedolą szybko bratają się, gdyż to czy posługujesz się językiem polskim, czy to ukraińskim czy rosyjskim, jedno jest dla wszystkich jasne - godzina odjazdu wypisana na twoim bilecie jest baaaaaardzo umowna, a biura podróży, które sprzedały ci ten bilet mają cię  głęboko w d... i robisz z siebie idiotę próbując się do nich dodzwonić. 
Czekając na autobus do Kowla zawieramy znajomości z równie jak my spanikowanymi współpasażerami, którzy jednak starają się nas, nowicjuszy w tej podróży, pocieszyć: "W końcu wszystko się ułoży, dobrze skończy". Nie uspakajam się, no bo co co to znaczy "w końcu" ? 
Wreszcie po ponad czterech godzinach oczekiwania przyjeżdża, startujący z Warszawy, już zapchany autobus i wtedy świeże "braterstwo" nagle odbiega w przeszłość. Każdy, niemalże po trupach, usiłuje dostać się do środka pojazdu, aby nie tylko zająć wolny fotel, lecz przede wszystkim by znaleźć wolne miejsce na ogromne toboły. 
Zdesperowana ( autobus do Kijowa nie jeździ codziennie, więc MUSIMY się dziś załapać), wpycham się i ja, też niemalże po trupach. Robię to jednak nieudolnie i dostają nam się jedyne dwa wolne miejsca obok siebie, przy czteroosobowym stoliku. Nie ma mowy, aby wygodnie wyciągnąć nogi, a plecaki musimy trzymać na kolanach perzez następnych kilka godzin. Poza tym, toaleta w autobusie, z której wymontowano sanitariaty, pełni rolę schowka na towar kierowcy. 
Naszym najbliższym sąsiadem jest mój krajan, który z taką niebywałą złośliwą satysfakcją roztacza przede mną wizję siedmiu kręgów piekielnego polsko - ukraińskiego przejścia granicznego. Bawi się wyraźnie moim przerażeniem do momentu gdy dojeżdżamy do granicy. Kierowca autobusu napomina, aby nie wysiadać z pojazdu w strefie nadgranicznej. Polak, z wredną uciechą parska śmiechem, Ukraińcy wstydliwie, jakby przepraszająco, rozkładają ręce: "no cóż, tak to jest...musicie wytrzymać...".
Siedzę cierpliwie pierwsze 40 minut, choć bunt we mnie narasta. Kilka miesięcy temu trąbiono w kolejnych wydaniach niderlandzkiego dziennika TV o niebagatelnych sumach jakie Unia przekazała Polsce na zmodernizowanie wschodnich przejść granicznych. Jak słusznie zauważyła Margaret Tchacher, żaden rząd pieniędzy nie posiada - pieniądze rządowe ( a w tym przypadku pieniądze unijne) to forsa podatników, a więc i moja! I co, i teraz nawet nie mogę się wysiusiać!? 
"Proszę pana" zwracam się do zjawiającego się ( ach! w końcu! ) pogranicznika zbierającego paszporty "Mój mąż i ja koniecznie musimy skorzystać z toalety". Chyba zaskoczony moją "odwagą" urzędnik wskazuje nam ręką gdzie znajduje się WC. Równie zdumieni nasi współpasażerowie odprowadzają nas zszokowanym wzrokiem do drzwi. 
Gdy wysiadamy na zewnątrz, od właśnie kontrolowanego osobowego samochodu, odrywa się celniczka wrzeszcząc rozłoszczona: "A wy gdzie???!!!!". 
"Do toalety" odpowiadam spokojnie. Na szczęście za nami, w drzwiach autobusu,  "nasz" pogranicznik herod babę uspakaja:"Wszystko w porządeczku". Mina jednak i jemu i celniczce rzednie, gdy ośmieleni naszą "brawurą" pozostali pasażerowie wyskakują z pojazdu w drodze "na stronę". 
Po następnych 40 minutach otrzymujemy podstemplowane paszporty. Połowa współpodróżnych patrzy na mnie z podziwem jak na czarodziejkę, druga połowa podejrzliwie: "Ma jakieś konszachty z pogranicznikami?" A tu żadne konszachty, żadna magia nie zadziałała, ot - łut szczęścia ( niekoniecznie akurat mojego), że trafiliśmy na kogoś ludzkiego, choć w mundurze...
Na ukraińskim przejściu piękna dziewczyna odbiera mój paszport i z ciepłym uśmiechem dodaje: "Ubikacje są tu za rogiem". Ach! Fama przeszła granicę! W młodości i Jan i ja chorowaliśmy na nerki i chyba dlatego częściej niż te przepisowe, harcerskie siedem razy korzystamy z toalety. No ale, żeby zyskać międzynarodową sławę jako Mr. i Mrs. Siusialscy, no, tego się nie spodziewałam.
30 minut później opuszczamy przejście graniczne i pędzimy na wschód.
Mojemu polskiemu sąsiadowi ciężko pogodzić się, iż tak gładko i szybko przeszło przekraczanie granicy. Uprzednio upajał się wręcz, przedstawiając mi wizję ośmiogodzinnego oczekiwania na stempel wjazdowy w paszporcie. Teraz zaczyna straszyć mnie widmem niekompetentej obsługi w ukraińskich hotelach.:"Co ty sobie wyobrażasz, że recepcjonista wciąż czeka na wasze przybycie? Do Kowla dotrzemy koło trzeciej w nocy, oni już tam będą spać. Będziesz dobijać się do drzwi, a i tak nikt ci nie otworzy".
"To co robić?" pytam "Może dopłacimy kierowcy do biletu i pojedziemy dalej do Równego, albo i do samego Kijowa".
 Sąsiad blednie rozumiejąc, iż wpadł we własne sidła, bo   gdybyśmy wysiedli zgodnie z planem, zyskałby dodatkowe dwa wolne miejsca, co przy jego wzroście byłoby rzeczą niebagatelną. 
Mimo, i wie, że mam, głupio pyta: "Masz rezerwację? No to nie masz się czego obawiać, recepcjonista wam otworzy". Zasiał jednak ziarno niepokoju, w dodatku tuż przed Kowlem kierowca oświadcza, iż nie wjedzie do miasta, zatrzyma się na rogatkach, na szosie. A przystanek miał być pod samym hotelem! Dojeżdżamy pod stację benzynową, przy której parkuje wolna taksówka.Z ulgą wysiadamy z autobusu i tym samym pech się kończy. Taksówkarz opiekuje się nami niczym brat rodzony, za jakieś grosze podwozi pod hotel, wali w drzwi tak długo, aż naburmuszona recepcjonistka otwiera nam podwoje "Leśnej Pieśni".
Po spisaniu naszych danych z paszportów patrzymy na siebie wyczekująco. Nie rozumiem o co chodzi więc proszę o klucze, a ona parska złym śmiechem: "A to?" i pociera wymownie palcem wskazującym o kciuk. "Z góry opłacone" odpowiadam podsuwając jej pod nos wydruk z potwierdzeniem.
 Babka niechętnie kładzie na ladzie klucze. Po opuszczeniu ładnej recepcji hotelu, szokuje nas nieco widok pokoju, no i musimy sami przyoblec w powłoczki pościel, ale nie marudzimy płacąc za tę "dwójkę z prywatną łazienką" 8 euro i 14 centów. Poza tym, a raczej przede wszystkim jest prawie 03.00 rano. Zasypiamy od razu kamiennym snem.