20150928

WYCIECZKA POD ELBRUS

      Aniołki od pogody zapominają o słupie rozkosznego mikroklimatu nad Kisłowodzkiem i zapowiadana wczoraj wieczorem cudowna pogoda, przeszła w inne rejony Kaukazu. Wczesny poranek gasi nasze humory widokiem szaroburego nieba i nikłym, ale zawsze jednak podłym kapuśniaczkiem.

 Lena wchodzi do kuchni gdy kończę pakować kanapki na wycieczkę. Na jej twarzy maluje się zażenowanie, przeprasza za nieciekawą aurę ( tak jakby to ona była odpowiedzialna za klimat w Kisłowodzku), wciska mi do rąk gruby koc. 
" Jakoś to będzie, może się rozpogodzi " - pocieszam i ją i siebie. 
         Na autobus czekamy dość długo, wypalam aż dwa papierosy, ale rozgrzeszam się, no bo takie wspaniałe, górskie powietrze z pewnościa szkody zniweluje. 
Zamiast spodziewanego wygodnego autokaru podjeżdża mikrobus, w którym prawie wszystkie miejsca są zajęte, musimy usiąść na bocznych wąskich fotelach. No cóż, przeżyjemy. 
Kierowca zabiera jeszcze z parkingu przed wypasionym sanatorium ostatnich pasażerów którzy urządzają niezła szopkę, winiąc i kierowcę i przewodnika, za fakt, iż firma przysłała busika i za to, że siedzą na najgorszych miejscach, po czym opuszczamy miasto. 
Przewodnik Sima, młody, najwyżej dwudziestoletni chłopak zwraca się do nas wszystkich per " Drodzy Przyjaciele". Myślę, że takiego zwrotu uczono go na kursach przewodników wycieczek, poza tym mnie to nie tylko nie przeszkadza, a podoba się. Nie każdy podziela moją opinię - mężczyzna, który wsiadł jako ostatni udziela ostrej reprymendy przewodnikowi: 
"Jak śmiesz zwracać sie do mnie tak poufale! Nie jestem twoim przyjacielem, nie jestem nawet twoim znajomym. Trochę szacunku!" 
Chłopak peszy się, przeprasza, po czym następnym razem, gdy zwraca się do nas wciąż "potyka się" na wstępie: "Drodzy przyj..., hm...goście". 
Opowiada wiele ciekawych rzeczy o historii mijanych miejscowości, urokach Kaukazu, zwyczajach mieszkańców Kabardii - Balkirii, zwraca naszą uwagę na specyficzne obejścia Kabardyńczyków. 
W przeciwieństwie do domów rosyjskich, w których okna zawsze wychodzą na ulicę, domy kabardyńskie mają okna wychodzące na dziedziniec. Przypominają mini fortece , gdyż chutory ogrodzone są wysokim parkanem, wejść na posesję można tylko przez bogato zdobione wrota. 
Bramy te odgrywają szczególną rolę. Kiedyś pełniły funkcję obronną, dziś zabezpieczają przed ciekawskimi sąsiadami, a dzięki zawieszonym na bramie lokom informują, iż w domu mieszka niezamężna córka, no i zarazem chronią te córki , bo zgodnie ze starożytnym zwyczajem panny zostają do ślubu porywane. Oczywiście w obecnych czasach jest to pozorowany raptus, wciąż jednak furta musi być solidna, inaczej złośliwi przechodnie podśmiewują się z pana domu, że jego potomkinie urodą nie grzeszą. 
    Pilot mówi wyraźnie, interesująco, ale w pewnym momencie i mnie rozdrażnia, gdy prosi aby nie jeść w samochodzie zabranych ze sobą wiktuałów. Prosi akurat w momencie, gdy zaczyna mi burczeć w brzuchu.
Za chwilę zatrzymujemy się na przerwę śniadaniową na parkingu przed przydrożną resturacją z cenami jak z kosmosu. Tym razem to ja daję upust złości:
"Aha! To nie z troski o porządek w aucie zabraniacie spożywania własnych kanapek . Tu w grę wchodzi układzik z właścicielem restauracji - zmuszanie turystów do albo zamawiania posiłków na miejscu albo zjedzenie swoich zapasów na ulicy ".
"Ależ możecie państwo śmiało usiąść przy stoliku, nie musicie niczego zamawiać" broni się przewodnik.
Rzeczywiście, nikt nas nie wygania, gdy rozpakowuję nasz piknikowy koszyczek. Udobruchana, jednak zamawiam gorącą herbatę.
Psiaki, węszące przy śmietnikach,
 na szczęście w nieszczęściu, są rozpieszczone pod względem kulinarnym przez turystów- z kanapek mądrale wyciągają tylko wędlinę. Jeden z kundelków obwąchuje szynkę, którą mu podsuwam ( czyżby miał wątpliwości co do jej świeżości ?), macha przyjaźnie ogonkiem i decyduje się jednak na mielońca ofiarowanego przez moją współpasżerkę. Kapryśnik! 
     Przejeżdżamy przez miasto -ducha Tyrnauz. Niegdyś w pobliskich kopalniach wydobywano wolfram, po upadku ZSRR, kopalnie zamknięto a ludność zaczęła emigrować. Opuszczone bloki, zakłady przemysłowe popadające w ruinę nie tylko szpecą otoczenie, ale i  przygnębiają ponurym, wręcz katastroficznym widokiem.
W miejscowości Wierchij Baksan podjeżdżamy pod malowniczy kanion  z małym wodospadem na rzece Baksan,
a tu nie tylko ten pomnik przyrody wzbudza mój podziw. Droga , którą jechaliśmy nagle urywa się pod wysokim stumetrowym progiem skalnym. Na nim zawieszono linowy podnośnik - platformę pełniącą rolę windy dla samochodów.  Na szczycie skały, podobno dwa km dalej, jest już przejście graniczne z Gruzją.  
   Zagaduje mnie przewodnik pytając o wrażenia i dalsze plany urlopowe. Korzystam  z okazji i przepraszam go za ostre słowa na poprzednim postoju.
 "Nic się nie stało" uśmiecha się ciepło. "A dlaczego  jedziecie zobaczyć właśnie Elbrus?"
 Zdumiewa mnie to pytanie. Jak to dlaczego? Elbrus! Najwyższa góra w Europie... 
Sima macha lekceważąco ręką: " E.. przereklamowany... Dombaj! to jest dopiero przepiekne miejsce"
      Następną atrakcją jest wjazd wyciągiem krzesełkowym na górę Czeget, z jej wierzchołka podobno rozciąga się wspaniałą panorama  i widoczne są szczyty Elbrusa.  Rezygnujemy z tej przejażdżki jako, że już stresuje mnie wizja kolejki linowej na Elbrus, trzeba oszczędzać nerwy.
Aby "zabić" czas łazimy między kramami,
  i tu wpadam na pomysł jaki prezent przywieźć  naszej córeczce, a zatem  białą , szydełkowaną chustę na ramiona z angory. 
Przy pierwszym lepszym stoisku pytam o cenę, aby zorientować się z jaką sumą, mniej więcej, liczyć się przy zakupie chusty.  Dziękuję grzecznie za informację , odchodzę i nagle zdumiona słyszę najpierw wyzywające pytanie :"A co, może za drogo?" a potem stek wyzwisk po moim adresem. Nie powinno to być niespodzianką, gdyż z takimi reakcjami spotkałam się nie tylko na Kaukazie czy w całej Rosji, ale i w Polsce, Holandii i innych krajach, które odwiedziliśmy. Tak jakby wg.niektórych handlarzy, samo pytanie o cenę, zobowiązywało mnie do kupna. Choć , niby "multikultularne",  ale drażniące,  przykre i niestety, mimo doświadczeń, zawsze niemile zaskakujące zdarzenie. 
Zniesmaczeni, opuszczamy targ  i  przyglądamy się uroczym hotelikom, restauracyjkom w otoczeniu góry, w końcu zasiadamy w jednej z kawiarni.  I tu okazuje się, że ze mnie zuch - dziewczyna.
 Nie wiem, w którym to momencie spłynęła na mnie mądrość Wszechświata ( a przynajmniej jej cząstka), może w busiku lub tuż po opuszczeniu go, może w pensjonacie, a może jeszcze w domu, gdy planowałam wakacje... Ale do rzeczy! Owszem, poranek był pochmurny, wilgotny, nic jednak nie zapowiadało aż tak straszliwej, naglej ulewy. 
Bardzo mi żal współpasażerów, którzy właśnie, w tej chwili, drżą na wyciągowych krzesełkach, smagani potokami deszczu;  sama jednak, egoistycznie i.. trochę ( o wstydzie!) triumfalnie, delektuję się gorącą kawą i cudownym widokiem z ZADASZONEGO tarasu.
Robi się chłodno. Wracamy do busiku, gdzie znudzeni czekaniem na  turystów,  Sima i kierowca  witają nas z entuzjazmem.
Jan, ciekawy  jest przyczyny tego entuzjazmu, tak bardzo, że gdy już ostatni przemokły pasażer wsiadł do auta, pyta :
 "O czym rozmawialiście? Obserwowałem was bacznie: najpierw oni z roziskrzonymi oczyma o coś cię wypytywali, ty odpowiedziałaś chłodno, z rezerwą. Potem sama zadałaś im pytanie i w tym momencie w twoich oczach zabłysło rozgwieżdżone niebo. Z kolei oni jakoś tak beznamiętnie  udzielili ci odpowiedzi.  Co było tematem waszej rozmowy?"
Z ociąganiem się, niechętnie,  przyznaje:
 " To co zawsze... jak żyje się na Zachodzie Europy a jak u nich".
Jan  parska śmiechem : "  Rzeczywiście ten temat to "normalka",  i to też - u sąsiada  zawsze trawa zieleńsza..."
Następny postój jest już u podnóża Elbrusu.
Wypogodziło się,  wychodzi nawet słoneczko, no! to rozumiem!
Wsiadamy do wagonika z przesymatyczną azerbejdżańską parą, która widząc spanikowaną minę
i trzęsące się ręce, stara się odwrócić moją uwagę od wyimaginowanego niebezpieczeństwa rozmową, żarcikami,  opowiastkami, a wszystko to okraszone takimi serdecznymi uśmiechami, że następny etap kolejki linowej pokonuję tak śmiało, jakbym robiła to codziennie. 
   Dalej, na szczyt, a właściwie na jeden ze szczytów góry, można dojechać już tylko wyciągiem krzesełkowym. Zawieszony jest  nisko, przejazd nim oceniam jako "palpitacji sjerca niet" , tylko, że na tej wysokości jest w tej chwili potwornie zimno, a co to będzie na samej górze. Mam wprawdzie koc, który pożyczyła mi Lena... Z drugiej strony, natura mocno upomina się o swoje prawa, a toalety nieczynne...
Moje wahania rozwiewa Sima :" Im wyżej, tym gorsza pogoda, szczyty spowite będą we mgle, nie ma sensu piąć się dalej..."
     Znajdujemy się ponad 3000 m n.p.m., (dla mnie to prawie Himalaje), a  panorama ... czyż nie oszałamiająca pięknem..?

Już na dole wstępujemy do restauracji na przepyszne szaszłyki, a potem spacerujemy po targu. 
Daję się skusić na kupno baraniej czapy,  a używając Leny koca jako wierzchniego okrycia wmawiam sobie, że wygladam jak prawdziwy Czerkies.
 Dlaczego akurat Czerkies? Nasza córka Emilka, odbywała kiedyś staż w instytucji, w której większość pracowników pochodziła z Turcji. Współpracownicy Emilki stwierdzili, że wyglądem przypomina Czerkieskę.  
"Możesz być dumna"  -powiedziałam wtedy córce - "za najpiękniejsze kobiety  w haremie uważano Polki albo Czerkieski".  
Jako, że jesteśmy - córka i ja, bardzo do siebie podobne, pytam Simę czy potwierdza opinię kolegów Emilki.
 I on i kierowca naszego busiku patrzą na mnie ze zdumieniem i mocno opinii zaprzeczają. 
Znów rozwiewa się kolejna moja legenda- nie wyglądam egzotycznie, i to jak  kategorycznie stwierdził Sima :"nic a nic!



  Długo czekamy na hardkorowców, którzy postanowili „podbić” szczyt. Zjedliśmy obiad, dwa razy obeszliśmy  wszystkie stragany (tu kupuję Emilce chustę), a ekipa nadal nie jest kompletna. 
   Na parkingu Jan otwiera paczkę chipsów i nagle rozlega się potworny huk jakby bomba wybuchła a chipsy rozlatują się we wszystkie strony (chipsy pojechały z nami na 3000m n.p.m. - różnica ciśnień). 
Nasi towarzysze podróży aż podskakują, po czym rzucają Janowi złowrogie spojrzenia z wyraźnym przesłaniem:
 „W dzisiejszych czasach, a i szczególnie w tych okolicach takich niespodzianek się nie robi ". 
W drodze powrotnej nasz autobus zatrzymuje policja. 
W tym momencie robi mi się gorąco, bo nasze paszporty zostały w pensjonacie, a jesteśmy w strefie przygranicznej. Oczywiście nikt nam głowy nie urwie, ale mogą nas przetrzymać na komisariacie przez kilka godzin, a rano Lena zaprosiła nas na wieczór na grilla.!
Na szczęście dla nas, ale nie dla kierowcy, chodzi o wykroczenie drogowe, lecz dyskusja, sprawdzanie dokumentów trwa długo i do Kisłowodzka docieramy z dwugodzinnym opóźnieniem. 
Naszą altanę zajmują goście Leny i Saszy - kilka jej ciotek oraz syn i jego przyjaciel, którzy przyjechali dziś po południu z Moskwy. 
W związku z tym długim oczekiwaniem na nas zabawa już się zaczęła – na grillu smażone są pyszne kotleciki jagnięce, a na stole, między kilkoma sałatkami, króluje pięciolitrowa butelka śliwowicy. 
Wszyscy witają nas serdecznie, wylewnie, ktoś napełnia mi kielicha, ktoś podaje talerz pyszności, ze wszystkich stron pytają mnie o wrażenia - to się dopiero nazywa „powrót do domu dzieci marnotrawnych"! 

PIERWSZY DZIEŃ W KISŁOWODZKU

     Rankiem, w pobliskim sklepiku robimy zakupy, po czym wchodzimy do wspólnej dla gości kuchni połączonej z jadalnią. 
Spora grupa rosyjskiej młodzieży już skończyła swoje śniadanie i teraz sprząta ze stołu. Odpowiadają ciepło na nasze pozdrowienie, lecz podobnie jak współpasażerowie w pociągu często rzucają w naszą stronę ukradkowe, zaciekawione spojrzenia, acz na moje pytania nieśmiało odpowiadają monosylabami. Nie wiem, czy powodem tego jest nasz wiek, czy narodowość. Tak czy owak, szkoda.      
 Po śniadaniu Lena zabiera nas na spacer do parku.
  Według niej jest to największy park zdrojowy w Rosji o powierzchni 1000 ha, leżący na wysokości od 800 do 1200 m n.p.m., podzielony na park niski, średni i wysoki. Oprócz lokalnej, rosnącej już bogatej flory, posadzono także 300 gatunków drzew z różnych stron świata, w tym gatunki egzotyczne, które normalnie nie mogą współistnieć w warunkach naturalnych, a tu pokojowo koegzystują. 
Wejście do parku zdobi biała kolumnada, która też stanowi wizytówkę miasta. Niedaleko niej usytuowana jest pijalnia wody mineralnej, z pięknymi, stożkowatymi daszkami. Wewnątrz, pod szklaną kopułą bije serce Kisłowodzka - źródło Narzan. Mimo, iż sama pijalnia jest bardzo zadbana, czysta, to jednak widok brunatnej, śmierdzącej cieczy w naturalnym skalnym zbiorniku nie zachęca do degustacji. 
 Źródło Narzan cieszyło się sławą i czcią wśrod mieszkańców Wysokiego Kaukazu od niepamiętnych czasów. Tureckie plemiona nazywały zdrój "Ache- Su" - ''skisła woda", Kabardianie "nartsan" - co można tłumaczyć jako" napój Nartów"( legendarnych, walecznych olbrzymów), czy też "napój bohaterów". Legenda głosi, iż kiedyś przy źródle stał kamienny słup z wykutym napisem:
" Podróżniku, zatrzymaj się i pokłoń. Woda ta daje siłę młodym, przywraca zdrowie starszym, obdarza urodą i miłością kobiety".
 Wszystko ma swoją cenę - woda jest wręcz obrzydliwa w smaku. Lena twierdzi, że prawdziwe efekty przynosi dopiero 21 dniowa kuracja, gdy trzy razy dziennie wypija się kubek wody. Mnie ten jeden wystarczy... 
       Historia Kisłowodzka jako miasta nierozerwalnie związana jest ze zdrojem od 1803 roku, gdy przy źródle Narzan rozpoczęto budowę wojskowego fortu , aby chronić odpoczywających tu ludzi przed atakami kaukaskich górali. Po zakończeniu służby żołnierze nie chcieli opuszczać tego pięknego miejsca i powstało niewielkie osiedle - zaczątek dzisiejszego Kisłowodzka. Z czasem, jako, że fort gwarantował bezpieczeństwo, i zimą i latem coraz więcej chętnych przyjeżdżało, aby napić się albo zażyć kąpieli w uzdrawiających wodach. Szybko otworzono luksusową restaurację i zbudowano pierwsze łaźnie, do których wodę doprowadzano drewnianymi rurami. Coraz więcej przedstawicieli szlachty i kupców budowało tutaj rezydencje. Pod koniec XIX wieku miasto skanalizowano, doprowadzono prąd i otworzono małą fabrykę do butelkowania wody mineralnej. 
Aby uatrakcyjnić miejsce, w 1823 roku posadzono, na powierzchni 10 ha, po obu stronach rzeki Olkchowki lipy, topole, drzewa morwowe i owocowe. Wybrano koncepcję ogrodu francuskiego z prostymi alejami, przystrzyżonymi drzewami i krzewami, z rabatami kwiatowymi i z oczkami wodnymi o ściśle geometrycznych kształtach. 
Doskonale wkomponowano w ten krajobraz, w 1924 roku zegar kwiatowy. Każdej nocy pracownicy parku zmieniają cyfry, tak aby data zawsze była aktualna, i to nawet w zimie, gdy klomb jest pokryty śniegiem. 
Robię kultowe zdjęcie.
   Lena podkreślając walory Kisłowodzka, wspomina swoje szkolne czasy, jeszcze za Sojuza, gdy po powrocie na Ziemie, prosto z Bajkonuru, astronauci przyjeżdżali tu na rekonwalescencje. W ciągu 21dniowych turnusów często gościli w szkołach z pogadankami. 
Podobno Kisłowodzk widziany z kosmosu wyróżnia się bardzo wśród innych kaukaskich uzdrowisk jako pewnego rodzaju świetlisty słup wyrastający z zielonej doliny.
 Mimo iż miasto jest położone wyżej niż inne ośrodki kaukaskich wód mineralnych to jednak leży w przytulnej kotlinie i jest chronione przed zimnymi wiatrami łańcuchem gór grzbietu Dzhinalsky, a świeże, górskie powietrze swobodnie przepływa przez wąwozy. Dodajmy do tego dużą liczbę słonecznych dni, niską wilgotność powietrza, i stałe ciśnienie atmosferyczne i obraz kaukaskiego raju gotowy. 
    W niskim parku Lena pożycza nam swój telefon, tak na wszelki wypadek, bo karta w moim jest wciąż bezużyteczna, i obiecując zorganizowanie na jutro wycieczki pod Elbrus, wraca do domu. 
My pniemy się w stronę średniego parku, założonego w 1902 roku na powierzchni 85 ha, fundując sobie tzw. terapię terenową. 
Określenie "terapia terenowa" powstało w Rosji w drugiej połowie XX wieku i oznacza jedna z terapeutycznych metod podnoszenia sprawności fizycznej pacjenta poprzez spacer po terenach wyżynnych połączony z lekką wspinaczką pod kątem od 3 do 20 stopni. Pierwsze takie ścieżki terapeutyczne założono w Kisłowodzkim Parku 80 lat temu a dziś istnieje ich tam 5 o różnym stopniu trudności i uważane sa za najlepsze w całym kraju. 
  Średni park utrzymany jest w stylu angielskiego ogrodu, z rozległymi trawnikami, grupami wolno rosnących drzew, alejami drzew,  pawilonami, świątynkami; idealnie wykorzystano naturalna rzeźbę terenu, z ogromną ilością skałek o rozmaitych kolorach i formach.
Dochodzimy do Czerwonego Głazu, kruchego piaskowca, który swoją nazwę zawdzięcza interakcji z wodą nasyconą żelazem. Z czasem kamienie nabrały charakterystycznego odcienia antycznej czerwieni, a skała zyskała swoją nazwę. Na samym szczycie dumnie spogląda na park symbol Kaukazu - orzeł . Żmija w jego szponach - ma symbolizować chorobę pokonaną przez dobry klimat Kisłowodzka. Podobno z przodu skała przypomina sfinksa, moim zdaniem trzeba duuuużo wyobraźni posiadać, aby to zobaczyć.
W parku żyje 217 gatunków ptaków, 39 gatunków ssaków, 5 gatunków płazów, 9 gadów, z których wiele jest pod ochroną. Nam udało się dostrzec tylko rude wiewiórki z szarymi bujnymi kitami. 
     Z kondycją u nas cieniutko... wysoki park to już atrakcja którą odpuszczamy, tym bardziej, że na przejażdżkę kolejką linową, ze względu na BZ ( to skrót od wyczytanego w którymś z przewodników zdania:"...brak zaufania do radzieckiej techniki...", podczas podróży po Rosji często usprawiedliwiający moje tchórzostwo), za żadne skarby nie dam się namówić.
Schodzimy w dół, gdzie przez dłuższy czas kręcimy się między kramami miejscowych artystów. Niestety przecudowne emaliowane obrazy, nad którymi cmokamy z zachwytu dobre pół godziny, słuchając wykładu malarza o poszczególnych etapach ich powstawania, nie są na naszą kieszeń. Przy następnym stoisku kupujemy cynową płaskorzeźbę, owszem, troszkę kiczowatą, ale za to słodką i osuszającą łzy. 
   W Kolonadzie, w barze o baaardzo przyjaznych cenach
zamawiamy samsę i parówki w cieście. Samsa jest tak wspaniale doprawiona ziołami, że przestaję się wahać jak spędzić resztę popołudnia. Rezygnuję ze zwiedzania fortu i kierujemy się na rynek. Trudno, kuchara przeważyła nad historykiem. Poza tym Kisłowodzk to miejsce, do którego chętnie jeszcze powrócimy.
 Rynek jest niewielki ale bogato zaopatrzony. Niektórych rodzajów miodu, np. tych zielonych to jeszcze nigdy nie widziałam.
   Zaopatrujemy się w ogromne ilości adżyki dla siebie i córki, zestawy ziół dla znajomych i różne gatunki herbaty dla naszej holenderskiej przyjaciółki - "herbaciarki". W pobliskim sklepiku ze starociami udaje mi się kupić za przyzwoitą cenę koszyczek na szklankę do herbaty, o którym moja polska przyjaciółka od dawna marzyła. 
   Jeszcze butelka wina i zakąski na wieczór i możemy zacząć biesiadowanie. To znaczy... moglibyśmy rozpocząć biesiadowanie, gdyby nie Janowe upodobanie do moczenia się w wannie. A tu jeszcze hydromasaż! Takiej pokusie oprzeć się nie możńa. 
Rozumiem to, idę więc do Leny, po informacje dotyczące jutrzejszej wycieczki. Wszystko załatwione pozytywnie, mogę więc już spłukać miejscowym winem okropny nasmak zdrowej mineralki Narzanu.    Dopiero gdy już sączę drugi kieliszek zjawia się Jan różowy jak małe bobo - musiał kilkakrotnie dolewać gorącej wody. Mam wyrzuty sumienia w stosunku do Leny i Saszy, za takie szastanie wodą, sama więc biorę krótki chłodny prysznic.
 Siedzimy dość długo w altanie, bo raz, że skoro jesteśmy w takim miejscu z "...wysoką czystością i aeroionizacją powietrza, dużym stężeniem fitoncydów i ich zwiększoną bakteriostatycznością..." to szkoda zamknąć się w czterech ścianach, a po drugie, koniecznie trzeba omówić wydarzenia nie tylko dzisiejszego ale i wczorajszego dnia.


SMUTEK KAUŁMUCJI I DROGA NA KAUKAZ

    Budzę się, gdy zegarek wskazuje 5.30. Tym razem dobra taka niewymuszona wczesna pobudka, nasz autobus odjeżdża już o siódmej rano. Zabieramy z hotelu przygotowane wczoraj wieczorem kanapki, ponadto recepcjonistki wręczają nam pakiecik z jajkami na twardo i chleb z masłem, i to aż dwie kromki. Co za rozpusta! 
 Autobus jest niestety starym, rozklekotanym gruchotem, poza tym wnętrze jest tak brudne, że brzydzę się przytulić głowę do oparcia. 
Szosa do Elisty jest w doskonałym stanie i zupełnie pusta, po drodze mijają nas może ze dwa samochody na godzinę, kierowca dobrze, spokojnie, nie szarżując prowadzi pojazd. Tylko ten widok za oknem...Przez pięć godzin jedziemy przez brunatną pustynię, gdzie oprócz kilku karłowatych krzewów i trawy spalonej słońcem i to tak na fest, nie rośnie nic. Gdzieniegdzie pojawiają się stadka krów, czym się żywią jest dla mnie zagadką.
Zatrzyujemy się po drodze w kilku wioskach zamieszkanych przez Kałmuków. Ich ożywione, uśmiechnięte, szerokie płaskie twarze świadczą, że i na takim pustkowiu da się nieźle żyć.
W południe docieramy do stolicy Kałmucji Elisty. Mijamy przepiękny buddyjski kompleks świątynny o bajecznych kolorach, wśród których dominuje żółć i czerwień.
Niestety, dworzec autobusowy nie nawiązuje do tradycji mieszkańców tego regionu. Jest to obskurny, klockowaty budynek z lat 70-tych, którego jedyną ozdobę stanowi wielgachna mozaika na jednej ze ścian, przedstawiajaca kałmuckiego jeźdzca, jego rumaka i nie wiamomo dlaczego, sputniki nad ich głowami i morskie fale u stóp. Mamy tu dwugodzinna przerwe, więc proszę Jana, aby sfilmował mozaikę - jest tak brzydka, pompatyczna, że ...prawie piękna.
Niemalże po sekundzie staje przede mną policjant z surowym wyrazem twarzy.
- Po co filmujecie budynek?- pyta dość ostrym tonem.
- Bo mi się mozaika podoba.- odpowiadam spokojnie. 
Nagle przypomina mi się podobna sytuacja na dworcu w Winnicy na Ukrainie. I tam i tu nie robiliśmy i nie robimy nic złego, czy muszę zawsze w pokorze znosić taki pokaz władzy ze strony dwudziestolatkow tylko dlatego, że noszą mundur. Zirytowana dodaję
- A o co chodzi? Co, może nie wolno?
Mój zaczepny ton działa na chłopaka jak zimny tusz. Trochę się kurczy i piszczy jak rozżalona dziewica:
-Ojejku! To już nawet zapytać nie można. Ciekawy po prostu byłem. Co się tak szybko złościcie....
Odchodzi z tak ostentacyjnie obrażoną miną, że cała sytuacja wydaje mi się zabawna.
Myśle z niechęcią o następnych godzinach, które trzeba będzie spędzic w autobusie.
Grupa taksówkarzy zabija czas grając w karty. Przyglądam się ukradkiem, gdy nagle jeden z nich, otyły piećdziesięciolatek zagaduje:
 " Taxi?Taxi?"
"Ile do Stawropola?" pytam.
Oferuje zawieźć nas za 70 euro. Taksówkarz widząc nasze niezdecydowane miny kusi:
 "Zawiozę Was wygodnie, bezpiecznie na miejsce, po drodze zatrzymam się w najciekawszych miejscach, a Wy będziecie robić tsiut- tsiut" wykonuje gest jaby pstrykał fotkę. 
Zastanawiam się głęboko zarazem badając twarz naszego potencjalnego szofera: uśmiech ma szeroki, ale trudno wybadać intencje z małych, czarnych, ukrytych w fałdach tłuszczu oczu. 
Całej scenie przygląda się z napięciem na twarzy kierowca autobusu. Gdy rezygnuję z możliwości robienia "tsiut-tsiut", maluje się na jego twarzy wyraźna ulga i już wiem, że postąpiłam właściwie.
W drodze do Stawropola próbuje odkryć te "najciekawsze" miejsca godne sfotografowania, ale chyba Kałmucy ( z całym szacunkiem) żyją w jakimś pararelnym świecie i widzą piękno dla nas ukryte. 
Od Elisty do Stawropola wywołuje przygnębienie ten sam nudny widok z okna, jak z Astrachania do Elisty.
Do stolicy Stawropolskiego Kraju docieramy w ciemnościach. Kierowca wskazuje nam marszrutkę, która dowiezie nas do Kislowodzka. Robi mi się słabo na samą myśl o kilkugodzinnym, nocnym przejeździe busikiem. Na szczęście zjawia się czarodziej, który obiecuje nas zawieźć swoim samochodem na naszą kwaterę. Oczywiście nie za darmo i ... nie za euro (przed wyjazdem z Astrachania, Jan niestety nie wymienił dostatecznej ilości euro na ruble).
"Nie ma problemu , zawiozę Was do banku, wymienimy ".
Negocjujemy cenę. On chce 55 eurasi, ja daję 50.
"Muszę też zarobić, na cukierki dla córeczki" broni się. 
Znam ceny benzyny w Rosji, nie ukrzywdzę faceta, więc odpowiadam:
 "Jak Ci dam 55 to mi nie starczy na cukierki dla samej siebie". 
Parska śmiechem i dochodzimy do porozumienia. Zatem 50.
Podjeżdżamy pod bank...już zamknięty. 
"Wymienicie po drugiej stronie ulicy" podpowiadają ochraniarze. 
W ciemnościach wytrzeszczam oczy szukając drugiego banku, nasz czarodziej podchodzi do grupki młodych ludzi. Pracownicy banku..? Wszyscy są wysocy, barczyści, ciemnowłosi, wyróżnia się wśród nich drobny blondynek, którego na pierwszy rzut oka (ja,stary belfer) uznałabym jako "wzorowego ucznia". Prymusek pyta ile chcemy wymienić.
" No ale chyba nie tu" cicho odpowiadam przestraszona..
" To ile chcecie wymienić?" także i blondynek zniża głos wyraźnie zaciekawiony.
"100 euro" szepczę konspiracyjnie.
"Ach, tę stówkę wymienimy tutaj, gdyby chodziło o pokaźną sumę poszlibyśmy do samochodu" blondas obdarza nas pobłażliwym uśmiechem świątobliwego ojczulka.
 
"To co dzieciaczki" - dobrotliwym tonem dodaje wyszukając w telefonie namiary dzisiejszego kursu walut -"chyba was nie ukrzywdzę proponując taką wymianę". 
Na widok sumy ukazanej na ekraniku ogarnia mnie na przemian zdumienie i radość. Oferowana cena za eurasie jest tak korzystna, że właściwie należałoby, oczywiście po przełknięciu dumy, po sycylijsku podziękować:" Bacio le mani (całuję rączki) Don Wasia Iwanowicz, bacio le mani". Na szczęście prymus ani tego nie oczekuje ani żąda, zadawala się moim uśmiechem i godnym "Dziękuję bardzo".       
 Droga do Kisłowdzka niby bajka dla każdego kierowcy- równa , szeroka, słaby ruch, no ale monotonna jadąc po zmroku. "Pogadaj ze mną" prosi kierowca.
Niestety, znalazłabym jeszcze siły aby pogadać w po polsku, niderlandzku czy nawet angielsku, lecz po tak trudnym dniu nagle mam jakiś black out jeśli chodzi o język rosyjski, wciąż brakuje mi słówek aby się wysłowić. W końcu zapadamy w milczenie, słuchając dagestańskiej muzyki , której fanem jest nie tylko nasz kierowca, ale także Jan i ja. Od czasu do czasu popalając papieroska wymieniamy ulubionych piosenkarzy i tytuły ulubionych piosenek. 
Po dwóch godzinach docieramy pod naszą kwaterę. Jest mi tak bardzo żal naszego kierowcy - my za chwilę położymy się do łóżka a on musi jechać z powrotem. Wciskam mu do ręki extra piątkę . 
" To od nas, dla Twojej córeczki na cukierki. Jesteś wspaniałym kierowcą. Wracaj ostrożnie. Wielkie dzięki". 
Nie wiadomo dlaczego oboje mamy łzy w oczach.
Nasza gospodyni Lena prowadzi nas do pokoju.  Wielka komnata z ogromnym małżeńskim łożem, a w łazience wanna z hydromasażem wzbudzają nasz szczery zachwyt.

W dodatku dwa kroki dalej, w ogródku stoi altanka, gdzie będzie można wieczorem posiedzieć przy fajeczce i drinku.



Ale nie dziś. Urządzamy sobie Dzień Dziecka i bez mycia wskakujemy do łóżka zasypiając od razu kamiennym snem.