20150928

ASTRACHAŃ DZIEŃ DRUGI

   Budzimy się o szóstej zupełnie wyspani, wypoczęci, tylko.. są wakacje i jakoś tak głupio wstawać o tak nieprzyzwoicie wczesnej porze. Leżymy jeszcze z dziesięć minut i jednak podrywamy się. 
Śniadanie w hotelu składa się z filiżanki kawy, dwóch jajek na twardo i kromki chleba posmarowanej masłem. Szaleństwa nie ma. Na szczęście wczoraj zajrzelismy do pobliskiego supermarketu i dobrze zaopatrzyliśmy lodówkę w naszym pokoju. 
 Pod Kremlem zjawiamy się jeszcze przed ósmą, kręcimy się w pobliżu do wpół do dziesiątej, ale żaden autokar nie pojawia się. Co za rozczarowanie...! No cóż....nie jest tak duszno jak wczoraj, więc przynajmniej będzie można zwiedzić miasto. 
 Najpierw jedziemy taksówką na dworzec wykupić bilety na jutrzejszy autobus do Stawropola. Przy kasie okazuje się, że pieniądze nie wystarczą, potrzebne są jeszcze paszporty, które zostawiliśmy w hotelu. Nastepną taksówką wracamy po dokumenty, a każdy kurs przyprawia o przyspieszone bicie serca jak na rolocasterze i radość po dotarciu na miejsce, no bo znów udało się przejechać bez wypadku. 
 Bardzo sympatyczny taksówkarz zawozi nas nad Wołgę, w miejsce gdzie bedziemy mogli zażyć kąpieli w rzece. Prawdziwa piaszczysta plaża miejska znajduje się na przeciwległym brzegu, lecz jest otoczona zaroślami i całkowicie opustoszała, nie mamy odwagi plażować tam tylko we dwójkę, mając przy sobie wszystkie nasze pieniądze i dokumenty. Plażowisko, które wybrał dla nas kierowca to szeroki drewniany pomost dla wędkarzy, w pobliżu pustawej kawiarni. Kąpiemy się na zmianę. Krótko taplam się przy brzegu zarazem mocno trzymając się bali pomostu.Jan wypływa dalej, ale i on szybko wraca na brzeg.
Rzeka jest bardzo mętna, o jasnoszarym kolorze, a nam przypominają się wszystkie odcinki "Monster Fish", nie wiadomo co za zębiska kryją się w tutejszej głębinie. Nic to, najważniejsze, że przynajmniej ten punkt programu - kąpiel w Wołdze zaliczyliśmy. 
 Po dwóch godzinach wraca taksówkarz i widząc nasze jeszcze lekko wilgotne włosy pyta z niedowierzaniem:
 -To jednak naprawdę kąpaliście się w rzece ? Przecież woda jest potwornie zimna. 
Z kolei my patrzymy na niego ze zdumieniem: Zimna woda? Temperatura powietrza wynosi 29 stopni, a temperaturę wody oceniam na tak mniej więcej 25 stopni, czyli po prostu zupa. Facet chyba sobie z nas żarty stroi. Jednak mamy szczęście, że na niego trafiliśmy, ponieważ gdy prosze o zawiezienie nas na największy w Astrachaniu rybny rynek obiecuje pokazać nam lepsze miejsce. 
I rzeczywiście- za małą puszkę kawioru astrachańskiego z jesiotra płacę 10 euro zamiast spodziewanych 30-stu.
Ta miła finansowa niespodzianka wprawia mnie w doskonały humor( sholendrzałam) i miasto, które i tak już wcześniej przypadło nam do serca, oglądam ze szczególną sympatią do miejsca.




Na jednym z blokowisk, widać wyraźnie, że uroda miasta (jak i wszędzie na świecie) zależy nie tylko od władz miejskich, ale i od nastawienia mieszkańców: jednym się "chce", drugim nie...
Po zwiedzaniu miasta jemy obiad znów przy nadrzecznym bulwarze, tym razem w innej restauracji, na tarasie z widokiem na Wołgę. Tu także dostajemy spalone frytki, ale i furę surówek i przepyszne schabowe z grilla, chyba najlepsze jakie jadłam w życiu. 
Zazwyczaj podaję do obiadu niewielkie ilości mięsa, grill jest jednak moją grzeszną słabością i ze smakiem pochłaniam teraz kolosalnych rozmiarów kotleta - z wierzchu przyrumienionego, w środku i tak soczystego, że aż tłuszczyk cieknie po brodzie.
Janowi "niejadkowi" udaje się zjeść tylko dwie trzecie porcji, więc z westchnieniem - bo już NAPRAWDĘ jestem pełna, sięgam po jego talerz. Jesteśmy jedynymi gośćmi na tarasie, gdyż mimo pięknej pogody klienci siedzą wewnątrz restauracji.
Szef lokalu, jeden z kelnerów i kucharz obsługujący ruszt, stoją przy grillu i przyglądają mi się z ciekawością, coś między sobą szepcą i znów rzucają w moim kierunku, wcale nie ukradkowe spojrzenia. Mam wrażenie, że stawiają zakłady:"da radę zjeść, czy nie..."
 Chyba się nie mylę, bo gdy kończę Janową porcję cała trójka nagle wybucha śmiechem. I na zdrowie! choć nie kierowała mną ambicja, ale świadomość, że jeśli już świnka straciła życie, to po to aby nas nakarmić, a nie wylądować na śmietniku. 
Wolnym krokiem wracamy do "domu", żegnając się z Astrachaniem i obiecując, że to nie na zawsze.
W hotelu recepcjonistki pytają jak spędziliśmy dzień. Słysząc moją relacje obie wykrzykuja: -Kąpaliście się w rzece? W taki ziąb?! 
Zatem taksówkarz nie kpił z nas. Zdaje się, że dla mieszkańców Astrachania baraszkowanie w wodzie przy temperaturze poniżej 30 stopni grozi silnym zapaleniem płuc... 
Wieczorem chcemy rozpocząć degustacje kawioru, jednak otwarcie słoiczka z metalową pokrywką to nie lada wyzwanie. Używamy rozmaitych narzędzi, które podsuwają nam recepcjonistki, a pomagają dopiero obcęgi. Każde z nas próbuje przełknąć kilka łyżeczek kawioru i szczerze przyznaję, przychodzi nam to z trudnością. Odstawiamy ledwo napoczęty słoiczek do lodówki- jutro ucieszą się panie sprzątaczki. Zabieramy się do deseru.
Bingo!!! Astrachański arbuz to czerwone słodkie, soczyste niebo w gębusi.
W łóżku lądujemy jeszcze wcześniej niż wczoraj. To chyba jakiś taki swoisty jetlag

PIERWSZY DZIEŃ W ASTRACHANIU

"Ochłodziło się" stwierdza Elena po przyjeździe do Astrachania. 
Patrzę na nią ze zdumieniem i lekkim przestrachem. "Jak to? Przecież jest dopiero szósta rano, a już tak cieplutko."
"E..jakie tam ciepło. Ale ciesz sie." dodaje. " Przez ostatnie tygodnie było ponad 40 stopni, upał nie do wytrzymania."
 I z czego tu się cieszyć, przecież po to tu przyjeżdżamy, po słońce Azji! Jakkolwiek Astrachań leży w europejskiej części Rosji, to jednak po twarzach sprzedawców, policjantów i przechodniów na peronie, widać, że ta granica kontynentów na Uralu jest bardzo umowna.
 Zostawiamy bagaże w przechowalni na dworcu i idziemy do przydworcowego baru na kawę. 
Pomimo wczesnej pory, na grillu pieką się wielkie szaszłyki, większość gości pochłania ogromne porcje mięsa, frytek, grilowanych warzyw- to się dopiero powinno nazywać śniadanie KONTYNENTALNE! Z naszymi kubeczkami z kawą na stole i rogalikami musimy sprawiać wrażenie francuskich piesków.       
 Do centrum chcemy dojechać marszrutką, ale wszystkie podjeżdżające pod dworzec udają się w bardziej odległe dzielnice Astrachania. Pytam taksiarzy o cenę kursu pod nasz hotel i tu miła siurpryza- za 3 eurasie zajedziemy jak paniska. 
Styl jazdy astrachańskich kierowców nazwałabym "na wariata". Nic dziwnego, że prawie każde auto ma uszkodzoną karsoerię. 
Miasto sprawia przyjemne wrażenie, jakby po latach marazmu nagle się obudziło i rzuciło w wir odbudowy, przebudowy. Tak jakby młode, energiczne małżeństwo zamieszkało w starym dworku i z werwą zabrało się do odnowy domu. Wciąż jeszcze straszą i odrapane, secesyjne kamienice 



i socjalistyczne, architektoniczne potworki,

ale wiele zabytkowych gmachów pięknie odrestaurowano a nowoczesne budynki zbudowane są z rozmachem i fantazją. Tworzy to jakiś taki misz-masz stylów, który łagodzi zieleń- rozległe trawniki, bajecznie kolorowe kwietniki, staruteńkie drzewa rosnące wzdłuż trotuarów. 
   Mimo iż, nasz hotel jest położony o rzut kamieniem od astrachańskiego Kremla, bardzo długa ulica, przy której stoi jest w fatalnym stanie, a większość domow jakby przeniesiona z Soweto.
Świeżym tynkiem i farbą wyróżniają się dwa meczety - oto jeden z nich
i dwa pensjonaty. 
Dwie recepcjonistki (wszystko co ładne na tej ulicy spotykamy w podwójnej ilości), długowłose, błękitnookie blondynki o figurach modelek, z ulgą przyjmują moją propozycję wpisania naszych danych do księgi rejestracji gości. Wiem, z poprzednich wyjazdów do królestw cyrylicy, w jaki popłoch wprawiają obsługę hotelową nasze paszporty z ( o zgrozo!) ŁACIŃSKIMI literami.
 Dzisiejszy dzień to dzień miłych niespodzianek, pokój nie tylko duży, wygodnie umeblowany, z super łazienką, ale ma też Hurra! - balkon! Każdy palacz nałogowiec zrozumie moją radość. Nie trzeba będzie pędzić co chwila do hotelowego ogrodu na dymka, a i widok z balkonu wspaniały.
   Zachodzimy do pierwszego lepszego baru na śniadanie. Właścicelka zachowuje się jakby rozpoznała w nas królewską parę podrożującą incognito. Kłania się, dyga podając parującą jajecznicę i aromatyczną herbatę. Patrzy na nas z takim zachwytem, że i my rewanżując się, niemalże zamiatajamy podłogę kapeluszem prosząc o sol. 
Gdy zagaduje o pieczywo, pani na chwile kamienieje, po czym wykrzykuje:" Zaraz podam, lecę duchem do piekarni"" i już jej nie ma. Zostajemy na kilka minut sami w lokalu, z otwartą kasą, w której może i nie ma wielkiego utargu, mimo to jakże wzruszające jest i takie zaufanie i taka troska o klienta. Kwota, którą musimy zapłacić jest po prostu śmiesznie niska, więc z przyjemnością i wdzięcznością możemy zostawić napiwek o równowartości rachunku. 
     Zwiedzanie Astrachania zaczynamy od Kremla, obejmującego zaskakująco dużą przestrzeń. Miasto w mieście, robiące na mnie dużo większe wrażenie niż moskiewski Kreml.
Śnieżnobiałe i kremowe budynki zwieńczone jasno- i ciemnozielonymi cebulastymi kopułami i stożkowatymi dachami, na których dyskretnie złocą się krzyże.

Atmosfera jest też zupełnie inna, brak naburmuszonych przedstawicieli służb ochrony, za to na jednym z placyków ćwiczy taniec gimnazjalna młodzież.
Wizytę w muzeum w obrębie Kremla odkładamy na następny dzień, gdyż mamy jeszcze kilka spraw do załatwienia. Przede wszystkim wizyta w internetowej kafejce. W telefonie wciąż nie mam dostępu do internetu, próba połączenia się z telefonem naszej córci też zawodzi, zatem w kafejce wysłamy maila do domu, że u nas sawsiem olrajt.
 Niedaleko kafejki położony jest miejski bazar. Fereria kolorów, nie mówiąc już o zapachach, po prostu powala na kolana. Granatowe i złociste kiście gruzińskich winogron o podłużnych owocach pysznią się na stołach, obok nęcą kopczyki rożowozłotych brzoskwiń i pomarańczowych moreli rodem z Azerbejdżanu. Można też kupić wszelakie odmiany gruszek i jabłek, ale przede wszystkim uwagę przyciągają słynne astrachańskie arbuzy. Ogromne!!! 
Z warzyw chyba najwięcej jest pomidorów rozmaitych gatunków, a więc i malinowe z różowym odcieniem i soczyście czerwone o nieregularnych ksztaltach zwykłe pomidorki i jasnoczerwone koktajlowe i bycze krwistoczerwone italiany. Konkurują z nimi pod względem ilości ogórasy, głównie gatunki nadające się do kiszenia. Leżące obok nich stosy kopru i czosnku drażnią mile powonienie, przypomninając, że śniadanie jedliśmy dawno temu. 
Taka obfitość warzyw i owoców, Rosja może nakichać na nasze embargo.
Gdy pstrykam fotkę jedna ze sprzedawczyń z zaciekawieniem pyta dlaczego robię zdjęcie. 
 "Aby pokazać w domu, że przez zakaz eksportu warzyw do Federacji, Rosjanie wcale nie głodują" odpowiadam.
 "A ceny też sfotografowałaś ?" 
 Odpowiadam twierdząco i już, już mam dodać, iż wszystko jest takie tanie, lecz powstrzymuję się w ostatniej chwili, gdyż słysząc pewną gorycz w jej głosie rozumiem, że nie o to chodziło. Rzeczywiście, przy dzisiejszym kursie rubla, dla nas to taniocha, ale nie dla miejscowych.
 Z rynku wracamy na bulwar nadrzeczny do "Pirackiej Przystani". Jeszcze w domu czytając zachwyty rosyjskich internautów nad tą restauracją postanowiłam ją odwiedzić. Niestety, taras z widokiem na Wołgę jest jeszcze zamknięty mimo, że jest już druga po południu. W lokalu siadamy przy pierwszym lepszym stoliku lecz kelner natychmiast nas przesadza do sąsiedniego twierdząc, że wybrany przez nas jest już zarezerwowany. Za chwilę widzę, że powtarza ten manerw, i to z tą samą ważniacką miną jak i przy nas, z drugą nowoprzybyłą parą w innym końcu sali. Nie rozumiem tej gierki, może to takie sztuczne wywoływanie wrażenia, iż dostąpiliśmy łaski zajmując rzekomy ostatni wolny stolik. Zamówione dania rozczarowują: grilowane kotety, owszem niezłe, ale frytki spalone a sałatkę imituje pokrojona w talarki i pokropiona oliwą cebula. O osobno zamówionej surówce z kapusty i jabłka miłosiernie nie wspomnę. Z całego obiadu najbardziej cieszy dobrze schłodzone piwo.
Pod restauracją kręci się sforka bezpańskich psów, kucharz co chwila rzuca im przez okno odpadki - ciepło mi się robi koło serca na ten widok i już mniej krytycznie myślę o "Pirackiej Przystani". 
 Zaczyna kropić, więc wstępujemy do baru na małą kawę. Termometr na ścianie wskazuje temperaturę 33 stopni. Krótki deszcz nie przynosi ulgi, wciąż jest duszno, parno. Nie możemy się jednak rozpieszczać, trzeba jeszcze wykupić wycieczkę na lotosowe pola w delcie Wołgi, zaplanowana jeszcze w domu. W najbliższym biurze poróży dowiadujemy się, że taką wyprawę organizuje tylko jedna agencja turystyczna w Astrachaniu, a że znajduje się na drugim końcu miasta nie ma mowy abyśmy zdążyli przed zamknięciem. Widząc nasze smutne miny pracownica biura podpowiada, aby wcześnie rano przyjść pod Kreml." Jest już w zasadzie po sezonie, napewno będą wolne miejsca." dodaje. Pocieszeni idziemy na spacer nad Wołgę
a wracajac do domu zahaczamy o alejkę spacerową wokół miejskiego stawku o szumnej nazwie Jezioro Łabędzie
,
a wracając do pensjonatu robimy zakupy na kolację w supermarkecie. Wieczór jest rozkosznie ciepły, zachęcający do długiej nocnej biesiady. Niestety, już przy drugim driniu zaczynam nieustannie ziewać, powieki same opadają, głowa ciąży. Zegarek wskazuje 21-ą, czyli w Holandii jest teraz 19-ta, a ja jestem słabsza niż dziecko, marzę od łóżku jeszcze przed "Dobranocką". Na wpół śpiąca odmawiam "na trzecią nożkę", co równie senny Jan przyjmuje z wyrażną ulgą i dziesięć po dziewiątej leżymy w pościeli.

PODRÓŻ DO ASTRACHANIA

    Budzę się wcześnie zupełnie zdezorientowana. Owszem, wiem, że nie jestem we własnej sypialni, że przebudziłam się w pociagu, ale coś tu jeszcze nie gra. Po kilku sekundach olśnienie - koła nie stukają, dobiegają zza okna zupełnie inne dźwieki, wagon nie kołysze, a zatem stoimy na stacji co oznacza...halo! przerwę na papierosa! 
Błyskawicznie zrywam się na równe nogi i z niezwykłą dla mnie o tej porze żwawością wyskakuję na peron. 
Po powrocie zamawiam u konduktorki Eleny dwie kawy. Mamy w pleckach kilka paczek kawy 3 w 1, więc moglibyśmy je sami zaparzyć, ale wiem, że rosyjscy konduktorzy zarabiają niewiele i świadcząc drobne usługi pasażerom mogą sobie dorobić do pensji. 
Gdy płacimy za podaną kawę Elena obiecuje za chwilę przynieść resztę i rzeczywiście zjawia się po kilku minutach, ale nie z drobnymi, lecz z tacą wypełnioną małymi upominkami: maskotkami, scyzorykami, breloczkami.
"Tak cię prosze, kup coś" błagalnie patrzy mi w oczy. 
Żal mi jej, więc wybieram dwie maskotki i pytam o cenę.  Jest tak astronomiczna, że z osłupieniem mogę tylko wyjąkać: 
"Kochana, nie jesteśmy amerykańskimi turystami, przecież my jedziemy trzecią klasą!"
 Elena tylko potakuje głową, wzdychając zabiera tacę i odchodzi.
     Krajobraz za oknem jest bardziej urozmaicony w porównaniu z tym, co widzieliśmy z okien transyberyjki. Cudne lasy, wzgórza, wąwozy, rzeczki i jeziorka, a i domy w mijanych wioskach są bardziej okazałe,  jednak i tu widać, że na prowincji, delikatnie ujmując, się nie przelewa. Zdumiewa mnie brak kwiatów w przydomowych ogródkach. Nie spodziewałam się wypasionych roślin z centrum ogrodniczego, lecz cokolwiek kolorowego. Przecież w Polsce w czasach komuny, mimo iż wiejskie podwórza nierzadko były składowiskami gnojówki, starych opon, zardzewiałych części karoseri i popsutych narzedzi, to jednak przed domami od frontu w ogródkach kwitły malwy, nagietki, margerytki, lwie paszcze. A tu nic, tylko bałagan Jakoś to się kłóci z rosyjskim wrodzonym zamiłowaniem do barwnych dekoracji.
      Niewielu pasażerów jedzie do stacji docelowej, większość podróżuje na niewielkich dystansach, oczywiście niewielkich w rosyjskim rozumieniu. Trudno w takim przypadku o bliższy kontakt.  Brakuje mi tej familiarności zapamiętanej z podróży Moskwa Irkuck sprzed 7 lat. Teraz, choć nasi sąsiedzi wiedzą,  że jesteśmy obcokrajowcami i wciąż z ciekawością acz nieśmiało zerkają na nas, to jednak nie próbują nawiązać rozmowy. Gdy napotykam spojrzenie odpowiadają uśmiechem na mój uśmiech, ale szybko uciekają wzrokiem w drugą stronę. Jakoś odbiera mi to odwagę aby samej zagaić rozmowę.

Znów zatrzymujemy się na stacji na półgodzinną przerwę. Niestety babuszki z gotowymi obiadami zniknęły z rosyjskich peronów. Stoją co prawda kioski gdzie można zaopatrzyć się w żywność, ale to już nie ten klimat. Nagle, aż podskakuję gdy za plecami słyszę krzyk silniejszy niż dworcowe megafony:
"Mióóóód!!! Rzepakooooowy! Lipoooowy! wielowiatoooowy!
Odwracam się. Za mną stoi czarnowłosa dziewczyna z wypchaną siatką w jednej ręce i plastikowym pojemnikiem w drugiej. 
 Jest mistrzynią handlu, nawet nie wiem kiedy i  jak staję się posiadaczem półlitrowej miseczki wypełnionej złocistym miodem. Jakby zahipnootyzowana jej silnym głosem smakuję inne gatunki, Jednorazowe łyżeczki? - a kto by się tu w to bawił- miodów próbuje się  po prostu maczając palec w likworze. Pewnie nie skończyłoby się na jednym pojemniku, gdyby nie otrzeźwił mnie  zdumiony głos Jana: ''A po co nam tyle miodu? Kto to będzie taszczył?!"
  Zamawiam herbatę do zakupionego miodu, lecz tym razem daję konduktorce odliczone pieniądze. 
Za każdym razem gdy jej płacę , ona obiecuje przynieść za chwilę resztę co kończy się na obiecankach- przymykałam oko, ale jak obliczyłam jest mi już winna ponad 7 euro. Wystarczy jako napiwek za całą drogę. 
Elena świetnie rozumie przesłanie, kryjące się za tą ścisle wyliczoną kwotą. Jest Kałmuczką i jako typowy człowiek Wschodu szóstym zmysłem wyczuwa jak jeszcze można zarobić. W moim przypadku nie musi się uciekać do paranormalnych zdolności:
" Żanna,  jak  mi dasz sto rubli to ci pozwolę palić na korytarzu. ". 
Trafia w czuły punkt- to już 8:0 dla niej.
 Wieczorem zachodzimy do wagonu restauracyjnego. Opchaliśmy się  w naszym wagonie suchym prowiantem i chińskimi zupkami, teraz mamy ochotę na "'coś mocniejszego".
W restauracyjnym barku jeszcze nie usiedliśmy, a kelenerka już podaje nam kartę menu.
Rozczarowana dziękuję:
 "Ach, chcieliśmy wypić po drinku, ale widzę, że macie tylko wino i piwo."
"Ależ znajdzie się"'  uspakaja.
 I rzeczywiscie, idzie na zaplecze i za chwile wraca w asyście kolegi, który z powagą jakby tu chodziło o wyjątkowy rocznik szampana, otwiera przy nas dwa stugramowe słoiczki z wódką. 
 Jesteśmy jedynymi klientami, światło lekko przygaszone, cichutko brzmi z radia nastrojowa muzyka, a za oknem widoki zapierające dech w piersiach. W ostatnich promieniach zachodzącego słońca na wieczornym niebie i na spokojnych falach Wołgi skrzy się złoty kolor, plasają, jakby pieszcząc się, mieszając i odskakując od siebie, wszystkie możliwe  odcienie rożowych i liliowych pasteli. Dla kontrastu, na odległych ciemnofioletowych brzegach rzeki ostrym brzoskwiniowym kolorem świecą elektryczne lampy mijanych miasteczek i wsi. 
Jakże zazdroszczę w tej chwili osobom obdarzonym talentem poetyckim albo malarskim. Na szczęście Jan ma ze sobą kamerę, to czego nie zdołam opisać nasi przyjaciele zobaczą na filmie. 
Przed pogrążeniem się w melancholii ratuje mnie kelnerka pytając czy ma jeszcze raz zajrzeć na zaplecze. Ot, to się nazywa zrozumienie słowiańskiej duszy....!





PIERWSZY DZIEŃ W MOSKWIE


    Niebo jest ołowiane, wygląda na to, że lada moment lunie deszcz. Nie ma co, pięknie nas wita Rosja....
     Metrem jedziemy na Dworzec Pawelecki skąd o północy odjeżdża nasz pociąg do Astrachania. Zostawiamy tam bagaże i ruszamy w miasto. 
Nostalgicznie zaczynamy od Placu Czerwonego. Niestety, tym razem prawie cały plac zajmują trybuny, gdyż dziś wypada dwusetna rocznica bitwy po Borodino. 
Pomimo wycofania się wojsk Kutuzowa Rosjanie uważają, że żadna ze stron nie odniosła decydującego zwyciestwa, a że rosyjskie oddziały wykazały się tam wyjątkową karnością i poświęceniem, rocznica bitwy jest nieoficjalnym świętem narodowym. Już spacerują żołnierze ubrani w mundury z epoki napoleońskiej. Czyli będzie parada na Placu Czerwonym!
 Przy dzisiejszych klimatach politycznych,  skoro jesteśmy w takim miejscu i my czujemy się zobowiązani do urządzenia jakiejś demonstracji. Aby zamanifestować naszą przynależność do świata zachodniego, omijamy budkę z kwasem chlebowym i pieczonymi pierożkami, a przy następnym kramie wcinamy po hotdogu po amerykańsku popijając włoskim capuccinem.
   Zaglądamy potem do Kitajgorodu, na ulicę Warwarka,

gdzie stoją budynki klasztoru Znamenski  i dwór bojarów Romanowych z czasów, gdy korona carska jeszcze im się nie śniła. 
Pech! jest akurat pierwszy poniedziałek miesiąca i muzeum we dworze jest nieczynne, podobnie zresztą jak niedaleko położony dwór kupców angielskich.
 No nic, oba zabytki należą do jednych z najstarszych murowanych budynków w Moskwie, warto zobaczyć choć od podwórza.


    Deszczyk zaczyna coraz ostrzej kropić, więc szukamy schronienia w domu towarowym GUM. 
 Z zewnątrz XIX wieczny budynek GUM-u robi trochę toporne wrażenie, za to w środku...! 
Te marmury, żyrandole, ozdobne kute balustrady, pięknie oświetlone witryny sklepowe i te zapachy- świeżo parzonej kawy, egzotycznych owoców, dobrych perfum, ale przede wszystkim króluje zapach pieniędzy. Dużych pieniędzy. Giorgio Armani, Louis Vutton, Prada - szyldy dyskretnie przypominają mi kto tu robi zakupy, że nie dla kota szperka.
 Udaję sama przed sobą, że na ciuchy nawet nie patrzę ( choć ten błękitny sweterek po lewej, ach jaki śliczny...), szybko kupujemy rosyjską  kartę do telefonu wraz z dostępem do internetu, a potem w kawiarence zamawiamy po szklance świeżo wyciskanego soku z pomarańczy - a co , nikt nie zabroni biednemu żyć jak bogaty!
   W międzyczasie  przejaśniało, ociepliło się - wymarzona pogoda na zaplanowaną  wycieczkę do Klasztoru Nowodziewiczego. 
Kupując bilety wstępu uśmiecham się porozumiewawczo do pani w okienku kasy pytając: 
"A stare dziewice też wpuszczacie czy tylko nowe?"
Bileterka albo słyszy to pytanie po raz setny albo nie ma poczucia humoru. Z jej oczu błyskają pioruny, zimno, niemalże po gadziemu syczy: "1400 rubli proszę". 
Pewnie dlatego jestem bardziej wkurzona niż na to fakt zasługuje, że choć zapłaciliśmy za cały bilet to możemy zwiedzić tylko 1/3 dostępnych budynków, gdyż klasztor jest w trakcie renowacji. 
Jest późne popołudnie a prace przy odbudowie wrą pełną parą, z rozmachem, widać, że nikt nie liczy się z groszem- patriarcha wie co robi flirtując z Wladimirem Wladimirowiczem.


 Zaczyna nam już burczeć w żołądkach,  zatem  wstępujemy do pierwszego napotkanego bistro na obiadokolację. Spodziewałam się w związku z embargo ubogiego wyboru jarzyn do posiłku a tu siurpryza- w mało którym z naszych lokali widziałam tak obfity bar sałatkowo- surówkowy. 
Jeszcze małe zakupy na drogę- bądź co bądź spędzimy 30 godzin w pociągu i wracamy na stację. 
  Toaleta dworcowa jest zamknięta, z kartki wywieszonej na drzwiach dowiadujemy się, że druga jest na trzecim piętrze. Podjeżdżamy na drugie piętro gdzie okazuje się, że to koniec 'wycieczki', trzeciego po prostu nie ma. Zirytowana wchodzę do pokoju naczelnika stacji. Tłumaczę o co chodzi, zaczynając oczywiście od oświadczenia "jesteśmy cudzoziemcami', pamietając, że słowo "innostraniec" czyni cuda. I rzeczywiście, jedna z obecnych w pokoju pań obiecuje zaprowadzić nas do czynnej toalety. 
Po drodze wypytuje skąd jesteśmy, dokąd jedziemy, wtem zaczepia ją jakiś staruszek machając jej przed nosem biletem i coś niezrozumiale płaczliwie bełkocząc. Urzędniczka z uśmiechem klepie go ramieniu mówiąc, iż za chwilę go obsłuży. Na jego rozpaczliwe:''Ale..." przerywa: "Dziadziusiu, za moment Wam pomogę, posiedzcie cierpliwie, jest tu sucho, ciepło, przecież nikt Was nie wygania''.
Zatem nasze obywatelstwo nie jest powodem jej uprzejmości,  ona po prostu taka jest - życzliwa ludziom i światu.
Niemiła niespodzianka czeka nas przy odbiorze bagażu. Sala tonie w półmroku, nie wiadomo dlaczego przygaszono światła, bagażowy zniknął, a drogę zagradza nam żołnierz z kałasznikowem na plecach. Po okazaniu karty do elektronicznie zamykanej skrzynki na bagaże łaskawie nas przepuszcza a tu następny kłopot- drzwiczki skrytki nie otwierają się po przyłożeniu karty. Żołnierz podaje numer telefonu gdzie mogę interweniować, cóż z tego- telefon z dopiero co zakupioną kartą nie działa. 
Lecę jak na skrzydłach ( bo godzina odjazdu naszego pociągu coraz bardziej się zbliża) do naczelnika stacji. Jeden telefonik i za 5 minut trzymamy nasze plecaki w objęciach.
 Po takich emocjach jakże miło, już w pociągu, rozłożyć się na naszych łóżkach, z siatkami pełnymi smakołyków i świadomością, błogiego lenistwa przez następnych 30 godzin.


WARSZAWA - MOSKWA

 W przedziale, w którym spędzimy pierwszy etap podróży po Rosji, w pociągu relacji Warszawa - Moskwa, siedzi już nasz współpasażer- mlody Anglik, Chris, który koleją jedzie do swojej dziewczyny do Hongkongu. Miły, spokojny, szybko zaszywa się z książką w ręce na swoim posłaniu. Dyskretnie zerkam na tytuł - "Przewodnik po Rosji". No cóż- lepiej późno niż wcale. Jan i ja żyjemy jeszcze naszą jubileuszową imprezką ( 25 lat razem), więc wciąż omawiamy najfajniejsze momenty ubiegłych dni. Czas się nie dłuży, koło dziewiątej wieczorem dojeżdżamy do granicy białoruskiej. Na stacji w Brześciu wsiada białoruska służba graniczna, wśród nich  młoda dziewczyna, której przystojny Chris zdecydowanie wpadł w oko. Nie tylko nie próbuje ukryć swojego zauroczenia, ale otwarcie usiłuje z nim flirtować, co wyraźnie peszy nieśmiałego chłopaka.  Pogranicznicy trochę znają angielski, dzięki naszym zachodnim paszportom i urodzie współpasażera, atmosfera jest luzacka, więc gdy mylę się przy wypełnianiu karty migracyjnej,  pogranicznik cierpliwie, z uśmiechem tłumaczy mi jak poprawić ją właściwie. Karta migracyjna to taka karteczka, na której wypisuje się swoje dane osobiste z paszportu i cel podróży. Jest równie ważnym dokumentem jak paszport i wiza, można mieć spore kłopoty przy wyjeździe z Rosji jeśli się ją zgubi.
Do pociągu wsiadają kobiety handlujące żywnoscią i alkoholem- taki mobilny Wars. W siatkach mają gotowe, ciepłe obiady: pieczone kurczęta, kotlety, ziemniaki i surówki. Są niestety denerwująco natrętne. Slowo "Nie"" nie istnieje w ich slowniku. W dodatku ceny mają wysokie. W końcu po namolnym namawianiu, od jednej z nich Jan i Chris kupują po puszce piwa za dwa euro za puszkę, ale sprzedająca nie daje za wygraną.
 -Namów chłopaków, żeby kupili butelkę wódki.- trąca mnie poufale.
 Po dwóch dniach imprez robi mi się niedobrze na samą myśl o drinku.
-Nie chcę, przecież nie będę jej pić.- odpowiadam. 
Handlarka szybko znajduje rozwiazanie.
-To ja ci pomogę, wypijemy we dwójkę. Namów ich, przecież mają forsę, no i temu ciemnemu się podobasz, na pewno kupi.-
 Parskam śmiechem i spokojnie odpowiadam:
-Widzisz, ten ciemny to mój mąż, a jego forsa to i moja forsa.-
 Kobieta w końcu rezygnuje i próbuje szczęścia w następnym przedziale. Los nagradza ją za wytrwałość- nasi sąsiedzi nie tylko kupują alkohol, ale i zapraszają sprzedawczynię do wspólnej konsumpcji.
Z Brześcia Centralnego przejeżdżamy na stację, na której wymienia się koła ( na Białorusi i w Rosji rozstaw szyn jest szerszy niż w Europie). Tutaj handlarki wysiadają, a my możemy na chwilę wyjść z pociągu. Przygladamy się wymianie kół- dla nas to nowość. Wagon po odczepieniu całego zestawu kół zostaje podwindowany na wysokość około półtorametra za pomocą specjalnych podnośników i podjeżdżają pod niego nowe zestawy kół. Idzie to dość sprawnie,  mimo to spędzamy tutaj grubo ponad godzinę.


Potem już tylko nasza ulubiona kołysanka -stukot kół usypia nas i rankiem o 10. 34 wjeżdżamy wypoczęci na Dworzec Białoruski w Moskwie