20180716

camino dzien drugi

Czy mozna wstac raniutko mdlejac ze szczescia, bo juz! szosta! ? Mozna! Nie przespalam tej nocy ani minuty, wiec z ulga witam godzine, o ktorej mozna przyzwoicie ( plus- minus) rozpoczac dzien. Wychodze na zewnatrz pod pretekstem - "musze! zapalic", w rzeczywistosci rozpiera mnie energia nowego dnia.
Ach, czasem (rzadko!!!) jestem szczesliwa ze swojego uzaleznienia, bo przezywam dzieki temu cos ekstra fajnego ( czym wcale nie usprawiedliwiam obrzydliwego nalogu). Dzis, pod pretekstem wyskoku na "dymka" moj wszechswiat,  o swicie,   funduje mi chlodny masazyk twarzy,  aromatyczny zapach pobliskego sosnowego lasku , a pod wzgledem nastroju.. jakies rozrzewnienie w duszy na widok niewyraznych w mroku sylwetek, pierwszych tego dnia  napotkanych pielgrzymow przechodzacych obok naszego pensjonatu  i ich niesmiale, a jakze serdeczne : Buon camino".
Kawiarnia pograzona jest jeszcze w ciemnosciach, wracam wiec do pokoju gdzie jeszcze na chwile wsuwam sie pod ciepla koldre i teraz dopiero zaczyna mnie ogarniac sennosc. Jan, ktory cala noc przechrapal, az milo, zaczyna sie niespokojnie wiercic.
"Widzialas plecaki innych pielgrzymow?"
Poprzedniego dnia kelner jakims lwowsko- kanadyjskim narzeczem usilowal nam wytlumaczyc, ze bagaz trzeba zostawic pod murkiem przy drodze.
"Jak to? Pod murkiem przy drodze? Zwariowal? Z pewnoscia nie jestesmy pierwszymi osobami , pytajacymi co zrobic z manatkami, moglby sie na pamiec nauczyc tej jednej wyjasniajacej odpowiedzi. Przy tak miedzynarodowej trasie wypadaloby nauczyc sie choc minimum angielskiego" psioczylismy pozniej przy kieliszku wina. Bagaz zabralismy oczywiscie na noc do pokoju i teraz nie bardzo wiemy co dalej z nim zrobic. Niepokoj nie pozwala nam beztrosko lezec dalej, zatem wstajemy.
Na zewnatrz widzimy , ze pobudzili sie i inni goscie a i w kawiarni pali sie juz swiatlo. Na szczescie dzis klientow obsluguje wlasciciel, ktory biegle wlada angielskim.  Oddychamy z ulga, zagadujemy o transport bagazu i dowiadujemy sie, ze .... plecaki trzeba zostawic pod murkiem przy drodze... Zanosimy ekwipunek we wskazane miejsce w najlepszym momencie- akurat podjezdza busik firmy przewozowej.
W kawiarni zamawiamy dwie kawy.
"Czy wczoraj wieczorem jedliscie kolacje w naszej restauracji?" pyta gospodarz.
"Tak, ale od razu zaplacilismy rachunek!" odpowiadam nieco zaczepnie, juz z gory podejrzewajac, ze zaczna sie jakies machlojki.
"W takim razie nie musicie placic za sniadanie" usmiecha sie szef szeroko.
Sniadanie sklada sie z filizanki kawy i maluchnego ciasteczka, no ale jak juz stwierdzilismy wczesniej, tutejsza kuchnia nie powala na kolana. A i darowanemu koniowi wszak nie zaglada sie w zeby..
O wpol do dziewiatej ruszamy w droge. Mijamy dom z balkonikiem, na ktorym zawieszono  naturalnej wielkości kukłę przedstawiającą jeden z symboli Galicji -  czarownicę. Tutejsze Baby Jagi, podobnie jak nasze,  noszą spiczaste kapelusze, jeżdżą na miotłach, mają haczykowate nosy i wykrzywione uśmiechy ( sprzedawcy pamiątek twierdzą, że im bardziej grymas krzywy tym większe szczęście przynosi).  Jedna z czarownic, Comba, juz w czasach nowozytnych,  zostala nawet uznana za ludową świetą, mimo, że na sabatach, jak każda szanująca się wiedzma,  całowała zad kozła, i zatracała sie w orgiach. Kupujac te typowe dla regionu pamiatki nie mozna zapomniec, iz nie wszystkie czarownice obdarzały fartem. Oprócz dobrych miegas- znachorek, uzdrowicielek, wrozek,  istnialy (a moze wciaz istnieja) także okrutne bruxas wysysające dzieciom krew, wyłupiające dorosłym oczy, pozbawiajace rzucanymi urokami zdrowia a nawet zycia.  Jedyna ochrona przed zlymi wiedzmami  byl i jest ! trunek o nazwie queimada. Do sporzadzenia tego napoju uzywa sie 60-70 % alkoholu ( grappy) o wymownej nazwie aguardiente ( plonaca woda), do ktorego dodaje sie cukier,  ziola, ziarenka kawy i skorke z cytryny lub pomaranczy. Nastepnie podpala sie napitek, aby wyparowala z niegook nadmierna ilosc alkoholu i wypowiada odpowiednie zaklecia, by nabral magicznej mocy.
Usmiecham sie, troszke porozumiewawczo do kukielki, wszak sama pochodze z rodu miegas - tyle, ze z tej drugiej Galicji- lezacej na terenie dzisiejszej Ukrainy. A jesli chodzi o zle czarownice- no coz, wypilam juz  w swoim zyciu takie ilosci alkoholu, i czystego i z ziolami, i z cytrynami, i z kawowym likierem, ze kazda bruxas pierzchnie po prostu na moj widok.
Kilka km dalej zatrzymujemy  sie na sniadanie. Wlascicielka albergue przynosi tace na taras , na ktorym jhm
siedzimy, ale widzac blat stolu oczy ogromnieja jej z oburzenia i zamiast postawic tace na stoliku natychmiast zabiera ja z powrotem. Za chwile wyciera zwilgocony poranna rosa blat zywo usprawiedliwiajac sie. Znam wloski jezyk na tyle dobrze, ze i w Hiszpanii choc "piate przez dziesiate", ale rozumiem co nieco. Tylko nie w Galicji. A jednak, jezyk ciala potrafi byc  rownie wyrazisty jak mowa. Sluchajac, a bardziej ogladajac  rozprawiajaca i gestykulujca wlascicielke albergue,  i smiac mi sie chce, i jestem wzruszona, bo mnie wcale ta wilgoc na stole nie przeszkadzala ale rozumiem jej zazenowanie- tez tak czulabym sie gdybym to ja byla tu gospodynia. A z jej strony, nie jest ta ( o jakze czesto!) przesadna uprzejmosc obslugi liczacej na dobre opinie na np. Tripadvisor, ale zwykla, ludzka serdecznosc i goscinnosc, z ktora na szczescie - (i tu ach! tez jakze czesto!) tez sie spotykamy, zarowno na wschodzie jak i zachodzie Europy.
Pyszna jajecznica z boczkiem, swieze pieczywo , sok z pomaranczy, kawusia z mlekiem,  to wprost Ameryka bez dolarow.( A propos pieniedzy to kulinarne szczescie kosztuje nas 7 euro za dwoje.) W ogole ceny sa baardzo przyjazne . Oto menu pellegrino:
Z pelnymi brzuszkami kontynuujemy wedrowke. Na przegryzke po sniadaniu, zapraszaja zolte lub soczyscie czerwone owoce przydroznych jablonek. Kuszace kolorem jabluszka sa tak kwasne, ze praktycznie moga tylko posluzyc za dekoracje. Jan wdziecznie pozuje do zdjecia i puszcza oko porozumienia - "Wiem!" ,
w odpowiedzi na  moje syczenie:"Mam nadzieje, ze w razie czego wiesz, ktorej  to NAJPIEKNIEJSZEJ Gracji masz wreczyc ten owoc?"
Wspinamy sie wciaz i wciaz , lekko ale zawsze, pod gorke. Na szczycie nagradza nas wspaniala panorama na okolice'. Jan zaczyna z zapalem filmowac- patrze na niego z czuloscia matki - idziemy niby razem a tutaj troszke  osobno - moze sobie z ta kamera pobrykac niczym mlody koziolek. Odbiega ode mnie na kilkanacie metrow , za chwile wraca z ogniem w oczach i jakas opowiescia a za chwile znow nadzieja na dobre ujecia porywa go gdzies w przestrzen....
 Schodze w dol , tez szczesliwa w tej wzglednej samotnosci, . Nagle slysze za soba kroki- sadzac po odglosie- wysokiego. postawnego mezczyzny. Troche jestem zdziwona, bo dotarlam juz tak mniej wiecej do polowy zejscia ze wzgorza, a sadzac po szybkosci z jaka znajdujacy sie za mna wedrowiec idzie, powinien mnie minac duzo wczesniej. No, ale wiadomo - taki ze mnie matematyk czy  fizyk mierzacy odleglosci jak z koziej... traba. Pamietacie te zadania z fizyki :" pociag jadacy z punktu A do punktu B, z szybkoscia  taka a taka... oblicz ... gdzie  i kiedy minie go pociag C"
 FUJ!
Jednakze w tym momencie nie mysle o zadaniach z fizyki- facet, ktory z super szybkoscia pociagu A dotarl do moich plecow  nagle wydaje sie z nimi nie rozstawac. Idzie tuz, tuz za mna, jeszcze chwila , a zacznie mi "skrobac marchewki." Moja irytacja osiaga kolosalne rozmiary. Pielgrzymia pokora pryska niczym banka mydlana.  "Zaburza moje pole elektryczno - magnetyczne. moja "lebensraum! Stane po prostu w miejscu i bedzie musial mnie minac"co pomyslawszy uczynilam. Przystaje, i z dzika satysfakcja wpol sie obracam myslac ze zloscia- "przejdz czlowieku i daj mi spokoj!"" .
 Za mna nie ma nikogo!
 Ani za mna ani w srednicy przynajmniej poltora kilomatra.
Wtej sekundzie, fizyczne przerazenie,  ktore mnie ogarnia, objawia sie  w zupelnie inny niz  szablonowy sposob: nie staja mi deba wlosy, nie oblewa mnie zimny pot- wrecz przciwnie: mam wrazenie jakby wlano mi w srodek  kregoslupa wrzatek!
W glowie mam kompletny kolowrot. Dotykam realnie niezwyklosci... i ... odrzucam te realnosc. Wiem, ze na Camino zdarzaja sie cuda, no ale zdarzaja sie ludziom dobrym, piekniejszym duchowo, o niebo lepszym niz ja. Owszem, ogladajac film ""My Way"" z Martinem Sheen marzylam, iz bede sobie tak  FANTAZJOWAC, ze przy naszym pielgrzymim stole zasiada i Mamusia i Krzys, lecz w tych najsmielszych marzeniach liczylam tylko na na to iz Droga okaze sie na tyle romantyczna, na tyle pobudzajaca potege wyobrazni, iz bede mogla na sekunde przymknawszy oko  pomarzyc: "" Oni siedza obok mnie"".  Tak troszke pol zartem pol serio. Jak to Anglicy nazywaja ""wishfull thinking"". Nawet przez sekunde nie przypuszczlam , ze moze sie COS naprawde zdarzyc.
 Nota bene, drugi cud trafia mi sie miesiac pozniej, gdy moj tatus, ktory ( o ironio!) upiera sie zawsze, ze jest ateista, popatrzyl na mnie ze zdumieniem: "Dlaczego bylas przerazona?  Przeciez MUSIALAS wiedziec KTO za toba stoi.""
No... i tak i nie....W pierwszej sekundzie- nie! , w drugiej - TAK!, w trzeciej... TAK!, ale ogarnia  tez jakies takie oslupienie.. no bo, przeciez to niemozliwe!!!
Ide dalej, wciaz odwracajac sie na wszystkie strony szukajac " winnego".  W zasiegu wzroku nie widac ani TEGO  brodatego bruneta ani nikogo innego. Patrze na plecy Jana, nieswiadomego calej historii, wciaz rozgladajacego sie za najfajniejszymi kadrami.
"Nie! Nie opowiem nawet jemu tej historii. Nie opowiem nikomu . Uznaja mnie za egzaltowana, histeryczna osobe. Przeciez musi byc jakies racjonalne wytlumaczenie!"
I goraczkowo szukam w myslach tego wytlumaczenia, bo przeciez jestem badz co badz naukowcem. Czuje sie dobrze i fizycznie i psychicznie, wiec mimo nieprzespanej nocy ( co dla mnie jest wlasciwie chlebem codziennym), wszelkie omamy musze wykluczyc. Ide w otwartej przestrzeni zatem  o echu mowy byc nie moze...Odglosy naszych wlasnych krokow? Idziemy w obuwiu o miekkich podeszwach. skoro nie slysze odglosow w tej chwili, dlaczego mialabym slyszec je wczesniej... Nie potrafie wytlumaczyc sobie zjawiska, wiec obiecuje sobie :"Pomysle o tym pozniej"". Caly jednak czas po glowie koluje mysl : "Skad takie ciezkie kroki? Niosl na plecach Mamusie? Czy Ona tam w zaswiatach tez nie moze chodzic?" Kamien przytlacza mi serce.
Kilometr czy dwa przed. Portomarin droga sie rozdwaja - mozna wybrac bardziej malownicza, ale i bardziej niebezpieczna sciezke, lub dalej isc szosa. Wybieramy drugi wariant, Kazachstan bardzo bolesnie przypomnial mi, iz latka leca, i ze o wypadek nietrudno i to na prostej drodze, wiec nie ma co szarzowacWidok na miasto Portomarin staje sie coraz wyrazniejszy, coraz piekniejszy a gdy dochodzimy do  mostu nad rzeka Miño okazuje sie, ze jestesmy szczesiarzami.  Piecdziesiat lat temu na tej rzece wybudowano hydroelektrownie ,  co pociagnelo za soba zalanie lezacgo  na tych terenach miasteczka, nie zapomnijmy miasteczka , ktorego historia siega wiekow srednich. Ludnosc Portomarin, prawdziwi pasjonaci, prawdziwi obywatele miasta, z benedktynska cierpliwoscia i szacunkiem do przeszlosci przeniosla zabytkowa starowke,  cegla po cegle na nowe, wyzsze miejsce. 
Wg. przewodnika, trzeba ogromnego lutu szczescia, aby,  ta rzeka - na codzien w tym miejscu szeroko i gleboko rozlana tworzaca zalew Belesar , na tyle podeschla, ze mozna by bylo ujrzec na jej dnie fundamenty pierwotnej osady. No i my to skurczybykowskie ( czytaj:" niczym niezasluzone ") szczescie mamy! Latamy z prawej na lewa strone mostu, i za chwile z powrotem, kazde z nas oszolomione tym widokiem, ta 3 D panorama. Jan oczywiscie lowi najlepsze kadry, ja - historyk, ale nie archeolog , usiluje dociekac na podstawie widocznych podwalin, gdzie znajdowalo sie serce miasta, ktora czesc domostwa stanowila centralna czesc, gdzie znajdowaly sie stajnie, obory, skladowiska towaru, spichrze itp. Szalejemy na moscie chyba z godzine, tracac sily na dalsza droge. Bo potem trzeba sie juz tylko wspinac i wspinac, nie pomaga nawet dluga przerwa na kawe tuz po wejsciu na teren miasta. Mocno zasapani dochodzimy do rynku gdzie stoi wspanialy pomnik architektury - kosciol pod wezwaniem Sw. Mikolaja zbudowany przez rycerzy Templum. Jest to druga swiatynia zakonu Templariuszy, ktora widze na wlasne oczy i mocno rozczarowuje sie. Od dziecka fascynowala mnie historia zakonu, a nie spodziewajac sie pozniejszych, teorii spiskowych, lieteratury typu Dan Brown, mialam swoje wlasne podejrzenia- oczekiwania - nadzieje, ze tajemna wiedza, ktora zakon posiadl dzieki odkryciom na wzgorzu Salomona, pozwola i mnie na rozgryzienie wlasnej tajemnicy - swego istnienia.Niestety , tu w Portomarin ta zagadka tez nie zostanie odkryta- czworokatna bryla kosciola jest wspanialym przykladem obronnej budowli a nie zabytkiem na miare labirytntu w Charteres. Ogladamy nastepny zabytek. Niebo zaczyna sie chmurzyc, wiec zagladam do plecakowszukajac przeciwdeszczowych peleryn i nagle bledne... 
także pochodzą wyjątkowe sery tetilla, produkowane z krowiego mleka rasy Galican Blond. Nazwa oznacza kobiecą pierś, ze względu na stożkowaty kształt. Fetyszyści będą macać, reszta skonsumuje ser szybciej niż Fernando Alonso pokonujący swoim ferrari zakręty w Walencji.W opozycji do wszechobecnego dziedzictwa św. Jakuba, w Galicji pełno do dziś jest wierzeń w pogańskie legendy. To spuścizna po Celtach i ich kulturze, którzy przybyli tu w VII w. p.n.e. Ważne miejsce w 
"Heb je de rugzakken van andere pelgrims gezien?" De vorige dag probeerde de ober, met soort Lvivse -Canadees dialect, ons uit te leggen dat de rugzakken bij de muur langs de weg moesten worden achtergelaten. "'Hoezo langs de weg, is hij gek geworden? Zeker, we zijn niet de eersten die vraag stellen wat te doen met bagage, hij zou deze enige verklarende antwoord kunnen leren uit de hoofd. Met zulke internationale route moet hij een minimum aan Engels te leren " klagen en vragen we ons af later bij een glas wijn."
Natuurlijk namen we onze bagage voor de nacht in de kamer en nu weten we niet wat we moeten doen. Buiten, zien we we licht in café en gelukkig worden klanten bediend door een eigenaar  die vloeiend Engels spreekt. We ademen van opluchting en horen we in Albion taal met Oxffordse accent dat ... we onze rugzakken bij de muur langs de weg moeten laten ...
We bestellen twee koffie

Geen opmerkingen:

Een reactie posten